RSS
wtorek, 09 października 2007

Jestem wkurzona. Jestem też zmęczona, zestresowana, poirytowana i robi mi się niedobrze, gdy myślę o pracy. To chyba wystarczająco niepokojący stan, by sięgnąć po urlop? Niestety, urlop znów jest poza moim zasięgiem - i to już trzeci raz w tym roku. Muszę dopieszczać team i dawać błogie poczucie stabilizacji naszemu hamerykańskiemu klientowi - 3 tygodnie mojej nieobecności z pewnością obróciłyby to poczucie wniwecz (yeah, siur...).

A najgorzej wkurzające jest to, że ten konkretny wyjazd planowaliśmy od lutego, od powrotu z naszej ostatniej wyprawy. Zjechaliśmy wówczas z plecakami Patagonię, zahaczyliśmy o Santiago i środkowe wybrzeże Chile. M.miał już wcześniej okazję łazikowania po Chile, ale dla mnie ten wyjazd był jak objawienie - jak odkrycie zamorskich Terytoriów (kto czytał Kinga, ten wie - słodkie powietrze, przestrzeń po zamglony horyzont, jedzenie eksplodujące smakiem w ustach i piękni, przyjaźni ludzie).

(No dobra, może ponosi mnie trochę, ale jak tu się nie nakręcać, jak to wszystko właśnie staje się niedosięgłe?) 

W tym roku wymyśliliśmy więc kolejną marszrutę, celując tym razem w północ Chile - okolice Atacamy i środkowych And. Rozpędziliśmy się na tyle, że zaplanowaliśmy nawet wejście na kilka szczytów - Nevado Tres Cruces (6749m npm), a może też Licancabur (pogranicze Chile i Boliwii - 5920 m npm) i Ojos del Salado (Chile/Argentyna - 6885 m npm), o ile czas by pozwolił. Wszystko to piękne, dość łatwe techniczne wulkany - barierą jest tam jedynie wysokość. Jakąś kondycję jednak trzeba utrzymać - nigdy nie wleźliśmy aż tak daleko, więc od lutego M.gania po Krakowie po 9km conocnie, a ja ćwiczę cichcem w domu. Kompletujemy nadszarpnięty sprzęt i ślinimy się na samą myśl, że to już niedługo.

I dupa. Na chwilę obecną nici z wyjazdu. Jestem kompletnie rozdarta pomiędzy poczuciem obowiązku, a serdeczną chęcią rzucenia tej roboty w diabli. Jaki sens z posiadania pracy, skoro staje się ona celem samym w sobie, zamiast być jedynie środkiem do celów, jakie my sobie wyznaczamy? 

Ironia losu. Dupa, dupa, dupa.

poniedziałek, 08 października 2007

Święte słowa (żywcem z www.maxine.com).  

Weekend przeminął jak sen jaki złoty i znów mamy poniedziałek, z którym nie bardzo wiadomo, co począć. Swoją drogą, ostatnio odkryłam wśród krętych uliczek Krakowa ulicę Poniedziałkowego Dołu - i sam pomysł wprawił mnie w znakomity nastrój.

W piątek - jak już wspominałam - nieoczekiwanie wylądowaliśmy na koncercie Jorgosa Skoliasa (www.skolias.strefa.pl). Koncert  to może za dużo powiedziane: raczej kameralne spotkanie przy niewielkiej widowni, której lwią część stanowiła rodzina muzyka. Paweł Kaczmarczyk przy fortepianie i córka Skoliasa, chyba właśnie debiutująca. Atmosfera jak płynny miód, zero konwencji i sztywnej formy, za to solidny ładunek dobrego, bezpretensjonalnego poczucia humoru i dobrej, międzyludzkiej komunikacji. I oczywiście muzyka, otulająca, jak ciepły koc.

Skolias czarował głosem, kokietował niedbalstwem chropawych zaśpiewów na granicy fałszu, a za chwilę zaskakiwał nieoczekiwanie czystym, melodyjnym brzmieniem.  To nie wirtuoz, który każdy dźwięk traktuje jak osobny mjstersztyk - raczej poeta, który kreuje zarówno dźwięki czyste i piękne, jak i te niedociągnięte na równych prawach. Barwna, trójwymiarowa postać, emanująca ciepłem. Stanowczo dopisuję go do listy muzyków, na których koncert pognam bez zastanowienia.

A w sobotę przydarzył nam się kolejny przemiły wieczór - i właściwie noc, bo wróciliśmy do domu o 4 nad ranem - z przyjaciółmi. Piliśmy drinki, zagryzaliśmy genialnymi ruskimi pierogami Basi i mistrzowskim foundee M., bawiliśmy się z dziećmi i graliśmy w scrable. Jak stare dobre małżeństwa, o zgrozo. Ale fajnie było strasznie, a to najważniejsze. 

I na koniec leniwa niedziela z M., zakopana pod kocem, z kubkiem gorącej zielonej herbaty pod ręką. M. potrafi chrapać endermicznie, podskórnie, wydobywając cichy wibrujący dźwięk z samych głębin brzucha. Gdy chrapie tak pod moją pachą, grzejąc jak piecyk, a spod koca wystaje mu wtedy tylko jedno ucho - jestem w niebie.

sobota, 06 października 2007

Wróciłam właśnie z koncertu Jorgosa Skoliasa. Mam ochotę teraz mrużyć oczy i mruczeć, jak najedzony kot. Nie chce mi się w tej chwili o tym pisać - niektóre stany trzeba przesmakować do końca. Napiszę o tym jutro...

To notka z wczoraj - nie radzę sobie jeszcze z zawiłościami technicznymi tego bloga.

czwartek, 04 października 2007

Dobra, dla ścisłości - tytuł poprzedniej notki był jedynie cytatem z piosenki W.Michnikowskiego. Jesień jest w gruncie rzeczy najpiękniejszą porą roku. Złociście, słonecznie, z lekką mgiełką i zapachem dymu snującym się nad ziemią, aż się chce w góry.

Chodzę i łapię się na tym, że zazdroszczę ludziom kontroli nad własnym wolnym czasem. Chłopakowi, siedzącemu na schodach nad wiaduktem, dziadeczkom na Plantach, grzejącym się w słońcu. Ja wciąż biegam z wywieszonym na brodzie językiem, wszędzie się spóźniam, pośpiech mnie wykańcza. Jeśli ktoś twierdzi, że czas wolny jest najwyższym wyznacznikiem luksusu i pozycji społecznej, to ja się pod tym podpisuję! 

środa, 03 października 2007

"Ajś poleciała!" - powiedział dziś do mnie kolega.

Mieliśmy dzisiaj poufne spotkanie z panią psycholog, mające dać jej pogląd na wady i zalety naszych managerów w przeddzień ich szkolenia z zarządzania personelem ludzkim. Albowiem - jak to w korporacji - wszystko musi u nas być przedyskutowane, przetestowane i przebiegać ściśle wg planu. Manager, nie manager - nie ma przebacz. Trybiki muszą działać.

No i wszystkie trybiki słodziły, albo przynajmniej milczały, a ja palnęłam, że zupełnie brak mi wsparcia decyzyjnego. No, bo brak, cóż pocznę. Powiało konsternacją. I teraz zastanawiam się, czy moja niska ocena i ten samobójczy krytycyzm jest bezstronny, czy wynika z ostatnich moich odczuć. Trzeci raz w tym roku mój manago odrzuca mój urlop i jeszcze manipuluje ("jesteś osobą dojrzałą i odpowiedzialną, ja ci nic nie powiem - ty sama powinnas wiedziec, jaka podjac decyzje"). Poza tym gapi się na mój dekolt i głupio uśmiecha, jak go na tym przyłapuję. Nie za dobry to moment na moje przemyślenia o jakości jego pracy...

%

Z ciekawostek: w ramach ostatnich haseł "komputer znów staje się osobisty", Google zaczęło posiadać fajną opcję personalizacji ustawień. W sensie - nie każdy musi mieć nudny ekran startowy, można go sobie zasetupować zgodnie z własnym widzimisię, pododawać, pokolorować, obrębić - co i jak kto lubi. Fajne bardzo, cieszę się jak dziecko. Ustawiłam sobie m.in. okienko ze świeżynami z TVN24 i tamże właśnie wyczytałam, że w tym roku odkryto (odczytano kod? wyekstrahowano?) białko dinozaurów. Niejaki prof. Jack Horner twierdzi, że w ciągu niespełna 10 najbliższych lat naukowcy najpewniej odtworzą kompletnego dinozaura. U la la. 

%

A dziś wraca M. Mam nadzieję, że jeszcze się do mnie odzywa i nie udało mi się popsuć tego wszystkiego, czego popsuć za żadne skarby nie chciałabym. Dobrze, że wraca.

 

Przeraziłam się dziś sobą i tym, co wyprawiam.

Jestem najczystszym, pięknym przykładem neurotyczki jak się patrzy. Rasowy psycholog, a może i psychiatra, po pierwszej rozmowie ze mną uśliniłby się z ekscytacji. A ja po raz pierwszy pomyślałam, że muszę coś ze sobą zrobić, zanim zamęczę siebie i innych.

Siedzę więc przed komputerem, przed stroną z tytułem "Dodawanie nowego wpisu" i czuję się trochę, jakbym miała znów popaprane 16 lat. Ale cóż począc, jeśliby mi to miało w jakiś sposób pomóc, to będę nawet jadła glizdy. Albo obnażała się psychicznie w internecie.

Gong, dzień pierwszy.

 

1 ... 21 , 22 , 23 , 24 , 25