RSS
wtorek, 24 marca 2009

Od jakiegoś czasu myszkuję w internecie i - wspierając się pytaniami pomocniczymi - wybieram EGZEMPLARZ DLA MNIE. 

Po pierwsze: Wybierz rozmiar.

Acha! Albowiem nieważne, co mówią - rozmiar JEST istotny. Jeśli niewłaściwy, nie pomoże dobrze wybrany moment, rozgwieżdżone niebo, rozszerzone źrenice i wszystkie pozostałe, mocno przereklamowane okoliczności towarzyszące.

Uściślając, istotna jest WŁAŚCIWA ŚREDNICA - i zupełnie zrozumiałe, że im większa, tym lepsza. Małe są dla naiwnych amatorek. I to takich nie bardzo wymagających na dodatek. Czyli - w moim mniemamaniu - nie dla mnie, nienienie.

Za to przy odpowiednio dużym przekroju podobno nie wiadomo, gdzie oczy podziać. Szczegóły nabieraja ostrości i pikanterii, a w momencie kulminacyjnym niebo spada człowiekowi wprost na głowę. O to chodzi, o to wniebowzięcie, taktak.

Niechby tylko jeszcze model nie był przy tym zbyt masywny, bo to niestety komplikuje sytuację logistycznie - ciężko potem gdzieś się z takim ruszyć z domu.

Wot, zagwozdka.

Po drugie: Do czego go potrzebujesz?

W sensie - to tylko romantyczna zachcianka czy to poważniejsza sprawa? Nie od dziś wiadomo, że zupełnie inne egzemplarze wybiera się, żeby sobie popatrzeć i nacieszyć oko, a zupełnie inne na dobre i na złe, do grobowej deski.

I dylemat odważniejszy, z tych bardziej fikuśnych - czy ma należeć tylko do mnie, dopasowany do moich potrzeb i zachcianek, jak francuska rękawiczka z jagnięcej skórki? Czy może jednak będę skłonna podzielić się nim z innymi? Albo wręcz (zarumieniłam się) użytkować go wspólnie?...

Niezależnie od powyższych, trzeba podobno koniecznie zwrócić uwagę, by był stabilny i zrównoważony. Inaczej wszelkie inne zalety w praktyce diabli wezmą.

Po trzecie: Ile masz kasy?

Jeśli ma być z niego pożytek i frajda, trzeba niestety mieć dość zasobny portfel. (Szczegóły mnie zmroziły, mrużę więc oczy udając, że ich nie widzę i płynnie prześlizguję się dalej).

&

Koniec końców, po długich analizach, wczytaniu się w detale i statystyki, wzdychaniu i drapaniu się po głowie, tak sobie myślę, że chyba ten przystojniak byłby dla mnie najlepszy:

 

http://sklep.teleskopy.net/product_info.php/products_id/2842
Sky-watcher SK1501PEQ3-2

 

Piękny, nieprawdaż?

I ma wszystko na swoim miejscu: imponującą średnicę lustra i całkiem sporą ogniskową i powiększenie. Radzi sobie z niewyobrażalną dla mnie graniczną wielkością gwiazdową (choć jeśli o to chodzi - mógłby po prostu szeptać mi do ucha: graniczna wielkość gwiazdowa, graniczna wielkość gwiazdowa... - a mnie miękłyby od tego kolana i unosiły się włosy na karku).

A co dopiero, jeśli - po wtuleniu oka w jego okular - pokaże mi pięknie niebo. I na dodatek, jeśli zechcę, uwieczni mi je na zdjęciach.

Muszę teraz pomyśleć, jak by tu uszczuplić na tę okazję napięty budżet budowlany. Albo skumulować okazje prezentowe z kilku najbliższych lat. A potem znajdę mu zaciszne miejsce w naszym przyszłym ogrodzie, gdzieś między pnącą różą i krzakiem bzu, koniecznie w bliskim sąsiedztwie maciejki, taktak.

 

Znalezione przy okazji:

Ludzka źrenica potrafi rozszerzyć się w ciemności aż do 8mm, powiększając się nawet 7 razy w stosunku do swojej normalnej wielkości. Czyż to nie imponujące? Tyle, że czułość odbioru mamy zaprogramowaną tak kiepsko, że żaden z tych 8mm pożytek, niestety. 

piątek, 20 marca 2009

Sięgam wgłąb. Szukam w sobie tonów łagodnych, wygładzonych przez czas i cierpliwość, której musiałam się ostatnio nauczyć. Pięknych współbrzmień, miękkich i ciepłych, przytulnych jak rozdeptane domowe kapcie. Odpowiednich na samotny wieczór przy intymnym świetle z sypialnianej czerwonej lampy i filiżanki gorącej, aromatycznej herbaty. 

Zamiast tego - 

Zaciskam powieki i zwijam się w kłębek. A to, co w środku rośnie i nabrzmiewa. Jakaś niepokora kanciasta i niewygodna, chęć na coś nieoczekiwanego. Chęć na więcej, na bardziej, intensywniej i pełniej. Niepokój przebiega dreszczem po karku.

Niech się coś wydarzy: nagle, gwałtownie, głośno i niepowstrzymanie. Wielki tusz na koniec galowego koncertu, trzęsienie ziemi, wybuch supernowej. Niechże mną potrząśnie, oszołomi, niech mnie ogłuszy, powali na ziemię i zostawi BEZ TCHU. Niech zaboli.

Chcę dziś czuć, że naprawdę żyję.

środa, 18 marca 2009

Leżę na trasie przelotu samolotów pasażerskich nad Krakowem, niedaleko lotniska w Balicach. Bardzo dosłownie leżę, płasko rozciągnięta, z poutykanymi tu i ówdzie poduchami, pod czerwonym kocem z monstrualnie dużą Myszką Miki. 

Mam widok na strzępiaste chmury i kiczowato zachodzące słońce.  

Co 6 minut kolejny samolot nadciąga z prawej, zza kanapy, ustawia mi się na tle tych chmur lekkim profilem, jak do zdjęcia, a potem miękko prześlizguje się brzuchem po dachu hotelu Krak i – pobłyskując światełkami – odlatuje ku pobliskiemu lotnisku. 

Na prawo od Kraka i samolotów wisi sennie telewizor. Na lewo, pod ręką, rozpłaszczony Łukjanienko z zadartym rogiem i dzbanek z zielona herbatą.

Leżę, absorbuję witaminy i powoli wypełzam z Czarnej Dziury.

wtorek, 03 lutego 2009

Przerasta mnie to wszystko. Wkurza do czerwoności, sprawia, że opadają mi ręce. Jakim cudem mozna się odnaleźć w naszej popieprzonej rzeczywistości ze służbą zdrowia, która ma się kompletnie nijak do wyższych celów, do których została powołana?

Wizerunek lekarza, który w sobie noszę od kilku nieszczęsnych miesięcy: cudnie opalony i zadbany facet w średnim wieku, z którym nie sposób się dogadać. Można wymienić jedynie półsłówka, w biegu, za jego powiewającym kitlem, można krzyknąć coś w szparę zatrzaskujących się drzwi od prywatnego gabinetu. A potem usiąść przed nimi grzecznie i czekać, czekać...

Obraz osoby, która ewidentnie chętniej konsumuje wpływy ze swojej profesji, niż się tą profesją z przejęciem i zrozumieniem zajmuje. Która - co najgorsze - wydaje, z pośpiechu i niedbalstwa, błędne diagnozy.

Jak można powiedzieć komuś, komu dopiero co wmawiało się cudowne ozdrowienie: - "Fiku miku, srutu tutu majtki z drutu, tadaaam! - nadal jest pani chora. Ani mniej ani więcej, tylko dokładnie tak samo, jak była pani jeszcze tydzień temu." No jak?!

Jestem rozczarowana i uprzedzona do granic możliwości. Pewnie więc generalizuję i uogólniam, krzywdząc przy okazji nieliczne wyjątki od tego, co obserwuję i niestety doświadczam. Chcę wierzyć, że gdzieś tam są lekarze prawi i zaangażowani, którym można ufać i nie zawodzić się na każdym kroku. Naprawdę chcę, tylko...

Jakoś mi w tej chwili trudno.

poniedziałek, 02 lutego 2009

Bożena ma zapewne oczy niebieskie, pięknie podmalowane, rzęsy zalotnie podkręcone. Bluzkę Bożena nosi różową w serek, z odpowiednio przepastnym dekoltem, do tego dżinsy właściwie opięte tam, gdzie potrzeba i białe kozaczki na obcasie, z noskiem. Żuje gumę, wydymając lśniące usta. Zimą, gdy - tak jak teraz - śnieg zawieje i mróz dokuczy, Bożena wkłada krótką kurteczkę, może nawet z lisa i chowa zziębnięty na czerwono nosek w postawiony wysoko kołnierz - w czapce i szaliku to przecież obciach i nietwarzowo się bardzo wygląda.

Albo może - Bożena to nieśmiała córka sąsiadów. Szara myszka z włosami w ogonek i spuszczonymi wstydliwie zaskakująco pięknymi oczami. W sklepie nie spojrzy, nie uśmiechnie się do człowieka zaczepnie, nie zapachnie intrygująco. A jak juz człowiek się z nią zderzy przez przypadek w drzwiach i spotka wzrokiem, to się robi jakoś tak... Chciałoby się ją objąć i przytulić, i ochronić przed całym światem. Te oczy zalęknione wycałować. Taka sierotka...

Albo może jeszcze, zwyczajnie i w najbardziej oczywisty sposób, Bożena to jurna żona stolarza, za którą popatrują i wzdychają wszystkie chłopy w naszej przyszłej wsi. Jeździ dużym, półterenowym samochodem, że tylko opony piszczą na zakrętach, jasne włosy wysypują się jej przez wpółotwarte okno.

- Ech, to jest kobieta! - aż przysiada na piętach pan P., nasz developer i wykonawca w jednej osobie, tęsknie wodząc za nią wzrokiem.

Tak czy inaczej Bożena, ożywiona czyjąś żywą wyobraźnią, zagościła ostatnio w naszym domu. Znajdujemy jej imię wykaligrafowane kopiowym ołówkiem w najdziwniejszych miejscach:

Po ścianach hasają zakochane zające, z bijącymi sercami zamiast tułowia (choć jakoś dziwnie mi się zdaje, że Bożena jest już w wieku, kiedy przychylniej się spogląda na inne części wyposażenia adoratora, niekoniecznie centralny narząd układu krwionośnego w miejsce brzucha):

A w naszej sypialni nieznany trubadur dał sobie spokój z mydleniem oczu i czułościami i narysował, co mu tak naprawdę po niespokojnej głowie chodzi:

Chodzimy z M., podglądamy i śmiejemy się od ucha. Z tego wylewu uczuć i czyjegoś artystycznego natchnienia, głuchego nawet - zapewne - na wredne kpiny kolegów.

Fajnie patrzeć, że panowie budowlańcy, oprócz cegieł i cementu, wlewają w nasz dom własne, intensywne uczucia.

piątek, 30 stycznia 2009

Zawsze wydawało mi się, że informatycy wszelkiej maści są posiadaczami pewnej wiedzy tajemnej, niedostępnej dla zwykłych zjadaczy komputerowych. Czyli - że to duże umysły są, nieco tylko może zagubione w swoim świecie. 

A tu dziś - taki uroczy dialog mi się przytrafił z naszym działem IT (będzie ze slangiem, żeby nic nie uronić z krwistego klimatu naszej biurowej paranoi):

- Cześć, mam pracownika na L-4. Potrzebujemy pilnie dostępu do jego służbowego mailboxa, podał więc nam telefonicznie hasło i logowaliśmy się na nie, ale nie działa. Więc pewnie jest zablokowane. Mógłbyś nam je zresetować?

- No niestety, nie mogę pomóc.

- Dlaczego?

- Bo weszły nowe security policies, wszyscy dostaliśmy po głowach i teraz resetujemy accessy tylko na requesta samego usera.

- A na requesta jego przełożonego?

- Nie.

- No to co mam zrobić, żeby dostać się do fatali klienta, które przychodzą na nieaktywną skrzynkę pracownika? Przeciez nam deadliny lecą!

- Eee... Złóż ticketa. Złóż ticketa. Złóż ticketa...

Złożyłam. Znaczy - napisałam to wszystko, co już zostało powiedziane, w mailu i wysłałam do tej samej osoby. Po 15 minutach dostałam odpowiedź:

Request status: RESOLVED. (I wytłuszczonym drukiem rekomendacja na przyszłość) W przypadku NIEOCZEKIWANEGO L-4 usera, należy WCZEŚNIEJ ustawić regułę przekierowania na odpowiedniego backupa.

Od dziś będę bezwzględnie egzekwować informacje o wszelkich planach dotyczących L-4 na dany miesiąc, do 5 dnia tegoż miesiąca. Żeby mnie już nic nie zaskoczyło...

środa, 28 stycznia 2009

Nasza górka rośnie w tempie ekspresowym. Murują ściany działowe na piętrze, mamy już otwór na kibelek i cudne półokrągłe okno we wnęce nad przyszłą wanną, przez które kiedyś będziemy świecić sąsiadom pośladkami.

Poza tym, co na razie wzrusza nas i nakręca naszą wyobraźnię sielskimi obrazkami, okolica jest pełna żywych, prawdziwych zwierzaków: w naszym ogrodzie M. widział wczoraj gronostaja. Kotka sąsiadów jest kotna - ostrożnie nosi swój wypchany dziećmi brzuszek. Za ogrodzeniem, w ogołoconym z liści sadzie kolebią się tłuste, okrągłokupre kaczki. A za to u drugiego sąsiada zalęgły się gromadnie myszy.

Myszy! Słyszał to kto w dzisiejszych czasach o myszach?! Prawdziwych, chroboczących po kątach?! I żeby się cieszyć z takiej perspektywy?! A ja myślę: może więc sprawimy sobie podwórkowego kota? Będę mu wystawiać koło domu miseczkę z mlekiem!

A Kraków stamtąd ledwie widać - wieczorem jest tylko czerwonawą łuną na horyzoncie, w dole:

Za to góry, przy odpowiedniej pogodzie, ostrej i bezwietrznej, podchodzą nieoczekiwanie prawie pod okna:

No dobra - przesadzam, wiem. Góry właściwie ledwie widać:))

Ale chciałabym JUŻ!

wtorek, 27 stycznia 2009

Na ścianie sali, w której przeprowadzamy rozmowy rekrutacyjne, wisi duże zdjęcie z podpisem Corcovado.

Gdy nie prowadzę spotkania, a jedynie w nim uczestniczę jako wsparcie, wzrok mi zawsze ucieka w bok i zawiesza się na powyższym. Walczę z tym, ale zwykle bezskutecznie.

Jak się dobrze przyjrzeć i znieruchomieć na chwilę, światło ze zdjęcia zaczyna wlewać się w oczy. Mnóstwo powietrza, półmlecznego od nadmiaru słońca i przestrzeni, tętniącego upałem i dalekim gwarem. Wieje pewnie ciepły wiatr, wilgotny i słony od morza, ta sól zostaje w ustach lekkim posmakiem. Pachnie – upałem, kurzem, trochę smogiem, przyciężkim w rozgrzanym powietrzu.

Miasto w dole wygląda, jak wnętrze komputera po zdjęciu obudowy – z maleńkimi układami scalonymi budynków, wiatraczkami i diodami, zapalającymi się co wieczór. Zatoka z białymi drobinami żaglówek i jachtów. Dalej Obła Głowa Cukru i jasny pasek Copacabany i Ipanemy. Morze ze zmarszczkami na nienaturalnie szmaragdowej powierzchni. Jeszcze dalsza perspektywa jest wpółprzejrzysta, mgliście miękka, zielonkawo-niebieska. Intensywne, dojrzałe barwy, smakowite, jak jeżynowa galaretka o nietypowym odcieniu.  

710m npm. Słońce przypieka mi ramiona – w myślach nie stoję tam przecież w moim sztywnym, pracowym mundurku, tylko w jakiejś kusej, przewiewnej sukienuni. I słomkowym kapelutku z rondem, tak. Mam wielkie, przeciwłoneczne okulary, jak Audrey Hepburn - i dokładnie tyle samo wdzięku. W tych okolicznościach nie oszczędzam wyobraźni. A za moimi plecami, niewidoczny z tej perspektywy, stoi nade mną ogromny Chrystus z rozpostartymi ramionami. Zupełnie jakby wypłynął na niebo nad Rio wprost z obrazu Klimta.

Jeszcze sycę oczy widokiem, ale zaraz zbiegnę w dół wijącą, wybetonowaną drogą, do miasta. Juz mi spieszno, żeby wmieszać się w tłum, poprzyglądać przechodniom, posłuchać ich śpiewnej mowy. A potem dalej - do Paco Imperial, Theatro Municipal, na plażę, żeby ocenić, czy rzeczywiście dziewczyny mają tu bum-bum najpiękniejsze na świecie...

- ... Gea, chcesz jeszcze o coś zapytać?

- Eee... Tak. Jeśli nie księgowość, co chciałby/aby pan/i w życiu robić?... 

Chyba sama siebie o to pytam, tak naprawdę.

niedziela, 25 stycznia 2009

Notka z piątku, 23 stycznia 09

W Krakowie dziś tradycyjne Święto Plemnika - będzie dżeeeez, muzyka eksperymentalna, procenty i inne atrakcje. Będą się klepać po plecach, snuć ważne rozmowy do rana i dzielnie podtrzymywać w męskości.

Więc wyemigrowałam.

Przez dwa najbliższe dni będę jeść prawdziwie domowe specjały - żadne tam pokrętne wymyślności, tylko samo swojskie dobro: naleśniki z białym serem i dżemem domowej roboty, placki ziemniaczane z gęstą, pachnącą śmietaną "od baby". Szczypiorek prosto ze skrzynki na kuchennym parapecie. Będę się łasić do dawno niewidzianej Mamy. 

Przywlekłam też ze sobą worek kosmetyków i witamin, żeby nadrobić ostatnie zaniedbania. Zapaliłam świece, w wannie poskrzypuje gęsta piana. Mam przed nosem Bardzo Babską Książkę i litr mineralnej pod ręką. Ciszę i spokój. I tak do niedzieli.

Prawie jak wakacje.

piątek, 23 stycznia 2009

Nie pytaj proszę nas jaka to data,
Jakbyś nie liczył, to wypada właśnie dziś,
Ten dzień po którym już choćby koniec świata,
A dzień ten potrwa pewnie jeszcze parę dni.
I wiem, i wiem, i wiem...

Ja wiem, że dziś wszystkiego mamy tylko pół.
Ja wiem, kradniemy sobie oddech, noce, krzesło, stół.
I wiem, że z tym czasami wcale nie jest lżej.
To nic, umrzemy kiedyś
w połowie mniej
.

 

Nie jest dobrze. W każdym z nas siedzi jego własny diabeł i ciągnie w swoją stronę.

Tu nawet nie chodzi o to, by mieć rację, bo w wiekszości przypadków oddałabym wiele, by tej racji nie mieć. Nie chcę w ogóle mieć racji. Bo posiadanie jej, jakiejkolwiek, czyni ze mnie stronę konfliktu.

A mnie konflikt przeraża. W naszym, konkretnym kontekście. I to, że miałyby być jakieś strony.

Zdecydowanie nie chodzi więc o rację. Ani o ostatnie słowo. Ani o decydujący głos. Ani nawet o to, kto pierwszy powie "przepraszam". Nie o dominację, nie nie. I nie o zaborczość, o mój Boże, mam nadzieję.

O co więc chodzi, do licha? Może o strach, że druga strona myśli zupelnie inaczej? Albo co gorsza, w ogóle już o tym nie myśli? I że kompletnie nie obchodzi jej to, co myślę ja? I że tak się nad tym zupełnie nie zastanawiając, pozwolimy, by potoczyło się to wszystko z górki, bez sensu, w zupełnie niewłaściwym kierunku.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25