RSS
środa, 31 października 2007

Jak przeżyję dzisiejszy dzień, to chyba się upiję ze szczęścia.

Szaroburo, siąpi, a perspektywie zamknięcie miesiąca i nadpobudliwy szef, któremu się chyba kompletnie zawody pomyliły. Czasem mam wrażenie, że nie zarządza nami, a tresuje nas jak bezrozumne chomiki. Stres mnie przez drania zżera.

I byłoby pięknie, gdyby choć jutro można było poświęcić się zadumie, wybrać na cmentarz, pochylić choć przez chwilę nad tymi, za którymi się tęskni. Otóż nie! - Gea jutro maszeruje do pracy.

Szlag by trafił, pieskie to życie chwilami...

 

wtorek, 30 października 2007

Podreptałam dziś do Ikei i gdy stanełam przy kasie z naręczem pojemników, chodników, żarówek energooszczędnych i ciastek z imbirem, wręczono mi zamiast plastikowej reklamówy o solidnym tonażu - torbę papierową. W pierwszym odruchu zaprotestowałam; jakże to wszystko donieść w papierówce? I to za dodatkową opłatą?

Szłam potem do domu, torba swojsko poskrzypywała przy każdym kroku, a mnie przypomniała się Afryka. A konkretnie przedmieścia Nairobi - pola zasłane tysiącami kolorowych foliowych opakowań. Torebki targane wiatrem, torebki żałośnie oklapłe po deszczu - pejzaż okołoindustrialno-katastroficzny. Potęgowały wrażenie biedy i brudu z jednej strony, z drugiej kłuły w oczy na tle rosnących wokół nowych osiedli. Odczytywaliśmy to wówczas jako dowód na zupełną bezbronność wobec galopującej cywilizacji, symbol ceny, jaką Afryka płaci za postęp.

Dziś dotarło do mnie, że my, ten niby "świat cywilizowany" w sumie niewiele dalej się posunęliśmy. Zalewa nas plastik, a my wciąż wzdragamy się, żeby coś z tym zrobić. Chyba dopiero zaczynamy sobie uświadamiać skalę problemu. I pięknie!

Dla dopełnienia tematu: Łódź bez torebek foliowych.

poniedziałek, 29 października 2007

Koszmarny dzień - zasuwam od rana jak mały samochodzik. I jeszcze przede mną firmowa impreza, z której najchętniej bym się wykręciła...

Ale za to wygrzebałam taką fajną rzecz - karteluchę informacyjną z czasów wczesnego oświecenia:

 

czwartek, 25 października 2007

Jedno z odkryć Bobba MacFerrina - i moich. Czy ta kobieta nie jest zjawiskowa?

Bobby McFerrin & Jorane - Montreal Jazz Festival

Lubię Bobibego, ale w tym konkretnm przypadku wolałabym, żeby sobie darował. Badzo polecam płytę Jorane "The You and the Now" - niestety, jak na razie dostępna tylko na Amazonie :/

Na zachętę - jeszcze jeden kawałek: "Pour Gabrielle"

 

Zapisałam się na Super Hiper Zaawansowany Kurs Business English, żeby moja współpraca z hamerykańskim klientem układała się bardziej komfortowo. Koniec roku, czas ocen - trzeba się za siebie wziąć.

Wyciągam także zachachmęconego gdzieś z sieci Harry'ego Pottera w oryginale do posłuchania. Czuję - idzie improvement...

 

Nie ma co ukrywać: rozbijam się taksówkami.

Dopadły mnie dziś wyrzuty sumienia i legendarne krakowskie centusiowstwo - przeliczam koszty miesięczne, łapię się za głowę. Krakowskie taksówki i tak są dramatycznie tańsze od warszawskich (zamiast 4 dych - ledwie 1,5! ha!), ale suma sumarum, jak się nadużywa to i tak włos się jeży.

Za to kontakt z krakowskimi taksówkarzami - bezcenny. Istne oazy towarzyskości na czterech kółkach. Choć ostatnio trafiają mi się same czarne owce.

Późny wieczór przedwczoraj, wracam z pracy ledwo żywa. Pan taksówkarz zagaduje:

- No jak tam, jak tam?

- A dobrze, dziękuję. - próbuję zbyć, choć widzę, że mu się oko świeci (widzę, bo cały podany wdzięcznie do tyłu, zamiast patrzeć przed siebie)

- Ale ja o wybory pytam! - nie daje się zbyć, niestety.

- Aaaa, no to też dobrze.

- Jak to dobrze, czyli co, cieszy sie pani?! Że niby co, lepiej bedzie? - nastrasza się.

- No nie wiem jeszcze, ale napewno nie będzie tak, jak do tej pory - staram się być neutralna.

Siedzi chwilę cicho, ale już widzę, że idzie tyrada. Rusza wąsami i sapie.

- A bo wam młodym, to się w głowach dokumentnie popieprzyło!!! - wybucha w końcu. I nadaje, nadaje.

No i cóż z takim począć. Gdyby nie to, że leje jak z cebra, jest wpół do północy, a ja jestem na drugim końcu miasta... A tak słucham grzecznie, a na koniec strzelam drzwiami, aż szyby furkocą.

Wczoraj, podobne okoliczności, tylko inny taksówkarz:

- A widziała pani tego, jak mu tam, Tuska ostatnio? On to jak taki wąż jadowity, tak się przyczai w kąciku, ale jak wyciągnąć do niego rękę, to caps! I ugryzie! Ja tam im wszystkim nie wierzę! - siedzę cicho, żeby nie prowokować. Nic z tego.

- A najbardziej to tych senatorów nie lubię. Bo pytam się ja kogo - po co ich tam tyle? no po co, ja się pytam?! - i tak przez 20 minut.

Noż do licha - czy ja wyglądam na wojującą politykierkę? Dziś zakupiłam plan Krakowa - trzeba skończyć z taksówkowym procederem.

wtorek, 23 października 2007

Czymś, co mnie cieszy i sprawia, że ostatnio przebieram nóżkami z niecierpliwości, jest premiera nowej gry RPG "The Witcher", czyli po polskiemu "Wiedźmin", na podstawie Sapkowskiego. Wygrzebałam w sieci trailer i trochę szczegółów technicznych.

Efekty - trzeba przyznać - warte zawieszenia oka, choć podobno generują proporcjonalnie fantastyczne wymagania sprzętowe. Mam nadzieję, że nasz cokolwiek dojrzały sprzęcik da radę, albowiem zamówiłam sobie grę na gwiazdkę...

Do Sapkowskiego mam dość osobisty stosunek. Pamiętam czasy, gdy jako małolata czytałam jego pierwsze opowiadania w Fantastykach, podkradanych bratu. Potem z wypiekami na twarzy i językiem na brodzie produkowałam własną twórczość, czerpiąc z tamtej pełnymi garściami. To były - ho ho! - poważne opowiadania, nieszczęsny Geralt pewnie przekręciłby się pięć razy, gdyby przyszło mu przejść choć połowę przygód, jakie dla niego wymyśliłam...

Szum ostatnich lat wokół Sapkowskiego trochę odebrał czar moim wspomnieniom. Jest spora szansa, że grę tworzyli zapaleńcy, a nie komercjaliści, niejako w odpowiedzi na obrzydliwy serial. Ciekawa więc jestem jej podwójnie.

Kraków dziś w deszczu.

Pada nie tylko na Brackiej - siąpi w Alejach, na Długiej, alejki i ławki na Plantach oblepione mokrymi liśćmi. Patrzę na nie, jadąc tramwajem do pracy i jak zwykle mi żal, że nie mam czasu się tam zatrzymać. Połazić bez pośpiechu, poszurać nogami w tych liściach, pogapić się na zmokłe gołębie.

Planty wytyczają dla mnie tę część Krakowa, którą lubię najbardziej. Nie Rynek z tysiącem turystów, ale boczne, wąskie, kręte uliczki. Podczas deszczu pustoszeją, nie trzeba się rozpychać łokciami i walczyć o kawałek miejsca dla siebie. Można spacerkiem przemierzać tę przestrzeń wyrwaną z innej epoki, zadzierać głowę do góry i zauważać coraz to nowe cudeńka na starych kamienicach - a to dziwaczny stiuk, a to półgołe anielice, a to szczerbate gargulce.

Ponieważ na uszach mam moją ukochaną Macy Grey - a ta zawsze wodzi mnie na pokuszenie - napada mnie nagła chęć, by jednak wyrwać dla siebie choć 15 minut takiej frajdy. Teraz, zaraz. A co tam, najwyżej złapię taksówkę! Przepycham się więc do wyjścia, wyskakuję z tramwaju. I już idę sobie alejką przez ten deszcz, Macy zawodzi, a ja mam ochotę puścić się pędem przez kałuże, rozchlapując wodę i podskakując. W "pracowych" butach na obcasach trochę jednak głupio... Idę więc w miarę statecznie, wdycham mokre powietrze i nucę pod nosem. Torebką macham, co mi tam. Fajna ta jesień!

Od babci z wózka, tej co zawsze, kupuję precle - najlepsze są te chudzieńkie, z kminkiem. Precle (w Warszawie mówiłabym - obwarzanki), to pierwsza krakowska rzecz, którą polubiłam. Oprócz M. i smoka, oczywiście.

Do pracy docieram ledwo tylko spóźniona, za to mokra jak kura, bo nie miałam parasola. Oczy jak u szopa pracza, tusz mi spłynął od deszczu (a niby waterproof, pfff! jasne). Ale podśpiewuje mi się nadal - już zapomniałam, jak to frajda zrobić sobie wagary. Czemuż by nie częściej?

 

 

poniedziałek, 22 października 2007

Chyba po raz pierwszy tak bardzo zaangażowałam się w tematy polityczne. Emocjonalnie, całym sercem. Pamiętam, że 2 lata temu wygrana Lecha Kaczyńskiego doprowadziła mnie prawie do łez. A to był przecież dopiero początek, kwestia sympatii lub jej braku do ówczesnych kandydatów raczej, niż przekonań politycznych . Potem było już tylko gorzej - do zwykłej niechęci personalnej doszło niedowierzanie, szok, przerażenie, co będzie dalej. Totalne zniechęcenie.

Wczoraj poczułam ulgę. Nie wiem, czy będzie lepiej. Daleka jestem od idealizowania PO, czy jakiejkolwiek innej partii. Mam jedynie nadzieję, że będzie normalniej.

Na przykład - komentując artukuły w internecie nie będę się zastanawiać, czy to, co piszę nie zostanie wykorzystane przeciwko mnie. Nie usłyszę w radio z samego rana, że jestem wykształciuchem, złodziejem jak wszyscy i należę do gorszej Polski, bo nie popieram PIS. Że nikt więcej nie będzie Polski dzielił na dwoje. A zaglądając do zagranicznych serwisów nie będę więcej znajdować komentarzy do kolejnych "wyskoków polskich bliźniaków" i kpin pod naszym adresem. 

M. zarzuca mi, że jestem politycznie agresywna, choć nigdy w życiu nie przejawiałam agresji w żadnej sytuacji. Coś w tym jest. Jestem sfrustrowana, wkurzona, zniechęcona. Wielokrotnie obrażona. Wściekła! Najgorzej jednak wkurza mnie to, że w tych wszystkich negatywnych uczuciach pięknie wpisuję się w model wykreowany przez PIS - kto nie jest z nami, ten przeciw nam. Skrytykuję więc go, zemszczę się, obrzucę błotem. I trochę mi wstyd...

Dlatego postaram się w przyszłości ograniczyć tutaj moje komentarze w sprawach polityki . Będę się powoli podnosić do pionu moralnego z post-Pisowskiego upadku :) Trzymajcie za mnie kciuki.

niedziela, 21 października 2007

Alleluja!!!

Zobaczenie miny naszego ulubionego premiera rzeczywiście było bezcenne :))

 
1 , 2 , 3