RSS
piątek, 10 września 2010

KOCHAM mieszkać na wsi.

Stają mi w uszach przestrogi rodziny i znajomych, i ubolewanie mojej Mamy („jak Wy sobie tam poradzicie w tym szczerym polu, dzieci???”). I śmieję się od ucha, bo w naszej głuszy i polu po horyzont jest cudownie. 

Może to przypadłość wszystkich mieszczuchów, wychowanych od zera w blokowisku, na spalinach i kolejce do spożywczaka, że po przeprowadzce na wieś zachwyt ich ogarnia. Może to tylko my zbyt normalni nie jesteśmy?

Wychodzę rano z kawą na taras, siadam na stopniu i gapię się na Kraków w oddali. Przy odpowiedniej pogodzie (niskie ciśnienie, tuż przed lub po deszczu, przy ciemnogranatowych chmurach) daleko za nim rozciągają się góry. Wszystkie, jakie mamy po koleji – od lewej do prawej. Za ogrodzeniem, w rżysku po zbożu buszują hordy nornic. Niby to szkodniki i pewnie w przyszłości zeżrą mi pół ogrodu, ale na razie - gdy wyobrażam sobie zaganiane mysie mamuśki, gorączkowo zbierające jedzenie dla swoich półślepych mysiąt - czułość mnie ogarnia. NASZE nornice :)

W kącie ogrodu Z. kopie doły, gdy nie patrzę (znów wróci do mnie z mordą umorusaną świeżą ziemią, trzeba ją będzie kąpać, a potem utulać, bo się diablę kąpać nie lubi). Kudłaty kot sąsiada łypie zza siatki. Wielka cisza, pachnąca jesiennie dymem z ogniska.

A M. nosi wielkie, włochate gumofilce. 

W takich chwilach radość musuje mi w żołądku.