RSS
poniedziałek, 11 sierpnia 2008

To koniec. 

Furda tam, że jeszcze cały tydzień, że jeszcze ostatnie służbowe lunche i pożegnalne kolacyjki, że procedury wieczorami i pospieszne, uzupełniające szkolenia. Jestem już spakowana, złożona w kostkę i stoję oparta o framugę drzwi. Szuram kółeczkami.

Dupa ze mnie nie manager, żaden tam młody wilk czy inny yuppie. Wszyscy tu na mnie patrzą, jak na wariatkę, a ja chcę do domu, do mojego własnego łóżka, najwłaśniejszego męża przy boku i przyjaciół na podniesienie słuchawki! Już!!!

piątek, 08 sierpnia 2008

Stanęło mi dziś przed oczami takie wspomnienie:

Małe podradomskie miasteczko, kilka odrapanych bloków na krzyż, w sam środek wąskim jęzorem wcinała się Puszcza Kozieniecka. Długa aleja od stacji, powietrze pachnące mchem i cienistym, zielonym chłodem. Dreptało się za Ojcem przez las, po popękanych płytkach deptaka, po lewej mijając zachwaszczoną muszlę koncertową wśród drzew. Igliwie wpadało w sandały, kłuło w palce. Duża, ciemna klatka schodowa i już byliśmy. U Babci.

Pamiętam zapach śniadań w kuchni z zasłonkami w czerwoną kratkę. Stół z ceratą, jeszcze ciepłe rogaliki z dżemem wypadające od nadmiaru z malowanej misy. Ptaki siadające na parapecie. I pelargonie, pachnące cierpko, różowo, gdy się je trąciło.

Zasmażaną prażuchę - niekończące się objawienie mojego dzieciństwa. Z zimnym do bólu zębów kwaśnym mlekiem.

Popołudniami wychodziliśmy z domu z wiklinowym koszykiem. Na Himalajach były najlepsze kozaki, z zamszowymi kapeluszami i jędrnymi ogonkami. Gdy Tata nie patrzył, wgryzałam się w nie zębami, wąchając i smakując jednocześnie. Piach chrzęścił w zębach. Liście szeleściły na dębach, wtykałam żołędzie pod każdy korzeń - i przykrywałam darnią, żeby rosły.

Tu moja siostra potajemnie przekłuła mi ucho zardzewiałą igłą ze starego Singera. Tylko jedno, drugiego nie zdążyła, bo uciekłam z krzykiem, krwawiąc jak zarzynany prosiak. Singer pachniał, jak nic innego na świecie - smarem, Babcią, pomarańczowym zmierzchem sączącym się przez gałęzie.

A na ulicy Dębowej były najlepsze jagodzianki. Osy kłębiły się nad ladą cukierni, gorąca, ciemna pulpa ściekała po brodzie, w budce telefonicznej sąsiad Babci zawsze tak samo krzyczał do słuchawki. Daleko przejeżdżał pociąg.

Letnie popołudnie, żar z nieba, upał słał się na asfalcie. Strupy i sińce na kolanach, szorty rozdarte na siedzeniu przy przełażeniu przez płot. Czas drzemał w miejscu.

Po co był ten pośpiech, by z tego wyrosnąć?