RSS
poniedziałek, 30 czerwca 2008

Nasz hotel, który traktuję już prawie jak swój dom, dotknęło ostatnio coś w rodzaju narodowego zjazdu dzieczęcych drużyn koszykarskich, wiek 12-18 lat. Spokój i ciszę w hotelu szlag trafił na dobre.

Po moim pustym dotychczas piętrze galopują roznegliżowane 2 metrowe dziewoje, chichocząc i klapiąc japonkami. Już ze dwa razy tłukły przez pomyłkę w drzwi mojego pokoju, za każdym razem o jakiejś kosmicznej środkowonocnej porze. Jak otworzyłam - zachichotały donośniej i uciekły. Przypomniała mi się kreskówka Warner Bross o czarownicy, która wybuchała szatańskim śmiechem, strzelała obcasami i śmigała, zostawiając po sobie wirujące w powietrzu wsuwki do włosów. Otóż właśnie, tak to mniej więcej wygląda. 

Nie sposób dopchać się do windy, a jak już się człowiek wciśnie, czuje się jak makak wśród żyraf, które na dodatek gadają, gadają, gadają... Wszystkie jednocześnie. Połowa przy tym nie między sobą, tylko przez komórkę.

Zepsuły mi nawet dzisiejszą happy hour. Zabrałam swoje wino i urażona wróciłam na górę do pokoju. Na znak protestu upiję się w samotności, nad procedurami.

Stany to jednakowoż przedziwne miejsce.

Jedyne miejsce na świecie, jakie znam, gdzie ludzie z lenistwa i otyłości jeżdża na wózkach inwalidzkich. Jedyne chyba, w którym spotkać można tylu otyłych ludzi. Otyłość tutaj nie wydaje się być chorobą ciała, ale umysłu - tych najgrubszych, na oko dobijających do 200kg, nie sposób zobaczyć inaczej, niż z hamburgerem, ciastkiem, czy litrowym kubasem coli. Wydają się być uzaleźnieni od fast foodów i bezustannego poruszania szczękami. Przerażające.

Przerażające jest też to, że otyłe są tutaj nawet kilkuletnie dzieci. Rodzinka zmierzająca do McDonalda wygląda tu jak stadko drożdżowych bułek, turlających się z trudem w dół ulicy. 

Goszcząc u koleżanki z pracy, rozmawiamy z jej 12-letnim synem (okrąglutki, brzuszek wylewa mu się ze sportowych spodenek, sączy colę z wielgaśnego kubka i zagryza nogą kurczaka, świeżo ściągniętą z ogrodowego grilla. Tłuszcz kapie mu z brody na koszulkę.) "- What do you mean junk food is not healhty?! Phhh, what a rubbish? Only freeks don't like junk food in States! What do you eat in your country?" 

Straszne.

czwartek, 26 czerwca 2008

(Notka zachomikowana z poniedziałku, 24 czerwca) 

Alleluja, w końcu udało mi się gdzieś wyciągnąć moje zblazowane towarzystwo!

Spędziliśmy 2,5 dnia w San Antionio, które okazało się jednym z najbardziej klimatycznych miejsc, jakie zdarzyło mi sie odwiedzić. Upalne i duszne ze swoimi ponad 100F i wilgotnością powietrza prawie nie do zniesienia, z bujną południową roślinnością, meksykańskim kiczowatym zdobnictwem i starymi kamiennymi budynkami - prawdziwa rewelacja.

Przez środek miasta płynie leniwie San Antonio River, opasana deptakiem z tysiącem knajpek, restauracji i sklepów. River Walk opisują w miejscowych przewodnikach, jako serce miasta - i faktycznie coś w tym jest. Przez 24 godziny na dobę roi sie tutaj od turystów, knajpki z miejscami do tańca są czynne do białego rana. Muzyka wylewa się na zewnątrz i snuje nad wodą.

Nad tym wszystkim unosi się lekki zapach smażeniny (w końcu to Teksas, zagęszczenie grili na km kw jest porażające), ale można też znaleźć pyszne żarcie włoskie i meksykańskie. Doświadczyłam ravioli z ricottą, bazylią i orzeszkami pinii i - o mój Boże, snią mi się one do tej pory.

Udało mi się wymknąć towarzystwu i czujnemu oku naszego szefa (który - a jakże - wybrał się z nami) i pół nocy spędziłam, snując się uliczkami z aparatem w ręku. No i otóż właśnie, dokładnie o to chodziło!

Podładowałam akumulatory, nacieszyłam oczy nieustającą fiestą na ulicach, zawarłam dość nieoczekiwaną znajomość ze stadkiem radośnie nastawionych do świata Meksykanek (From Poland?! AWSOM!!!) - i grzecznie wróciłam do hotelu.

San Antonio ma też, albo może przede wszystkim, Alamo. Amerykanie przykładają zaskakującą wagę do nielicznych pomników swojej historii, włączając w to odpowiedni ubiór (kapelusze z głów, wodę mineralną schować do torby!) i zachowanie w miejscach pamięci.

Pod Alamo spotkaliśmy nawet miniaturowego, mówiącego do siebie Davy Crocketta;)

Jak również szalonego kaznodzieję, który stojąc na środku placu i wymachując Biblią nawoływał do nawrócenia. Nie do wiary, postac dokładnie jak z amerykańskich filmów. To miejsce zdaje się przyciąga wszelkiego rodzaju szalone umysły:)

No dobra, a teraz pomodlę się, żeby mi tę gigantyczną notkę przecisnęło na łączach - i wysyłam.

środa, 25 czerwca 2008

Każdego ranka tutaj budzi mnie Lou Reed:

Za oknem kamienne gargulce na ścianie budynku obok, przez wąską ulicę wydają się być na wyciągnięcie ręki. Jeszcze kilkanaście pięter w górę i dopiero tam, wysoko, wąski pasek nieba. I słońce na kamiennym zwieńczeniu budynku, kunsztownych wieżyczkach, krytych miedzią i spatynowanych figurach, uczepionych gzymsu. Gołębie tam nie docierają - spacerują leniwie dziesięć pięter w dół, po rozgrzanej ulicy.

Przyzwyczajam się powoli do tego miejsca, uparcie próbuję znaleźć swoje ścieżki. Chciałabym najzwyczajniej w świecie wyjść na miasto, powłóczyć się ulicami, godzinami pogapić na ludzi i nowe miejsca, popstrykać od niechcenia zdjęcia. Dallas ma swój specyficzny klimat, którego nawet nie mam czasu poczuć. Złości mnie to coraz bardziej.

Zamiast tego spędzam wieczory na półintymnych spotkaniach z wszelkiego autoramentu dyrektorami, managerami, szefami szefów i kto tam się jeszcze nawinie. Moje współtowarzyszki pieją z zachwytu i kolekcjonują plusy na przyszłość, nie opuszczą też żadnej okazji, żeby kolejne spotkanie zaaranżować. A ja się do tego najzwyczajniej w świecie nie nadaję! Niedobrze mi, oślizgle i obrzydliwie. I samotnie, w tym wszystkim.

Taki mnie jakiś dołek dopadł.

piątek, 20 czerwca 2008

Fascynuje mnie tu otwartość ludzi. Doskonale zdaję sobie sprawę, że część tego to taka trochę prozacowska poza, ale z drugiej strony - ostatnim debilem przecież nie jestem i potrafię wyczuć fałsz przynajmniej po części. Amerykanie starają się być mili, ale przede wszystkim są bardzo naturalni. To nie sztywni Anglicy, którzy ważą słowa i mają odpowiedni code of conduct na każdą okazję. Jak komuś coś nie odpowiada, wali prosto z mostu. Zdecydowanie mi się to podoba.

Poza tym, może dlatego, że tu mało kto jest "stąd" i większość czuje się trochę outsiderami, ludzie wydają się jakoś pragnąć kontaktu ze sobą. Dziś w windzie, pokonując ekspresowo moje 10 pięter, zdążyłam pogawędzić z Kanadyjczykiem, parą Chińczyków i starowinką Amerykanką. Zdecydowanie to przyjemniejsze, niż kompletna nieznajomość własnych sąsiadów i nasza polska blokowa burkliwość.

Wciąż niestety dokucza mi nieco przesunięcie czasu. Zaopatrzona więc w M&Msy o smaku peanut butter w kilogramowym opakowaniu, idę do łóżka. Mój Boże, będę gruba - nie ma cudów.

(M&Msy są tu także: wiśniowe, miętowe, w gorzkiej czekoladzie. I jeszcze kilka innych smaków. Raj dla wyposzczonych kubków. Ogromniasty, texas size plus.)

A jutro po pracy - San Antonio.

I jeszcze tęsknię - straszliwie, po wariacku.

Nie ruszyły mnie pieczone ziemniaczki na śniadanie, pływające w tłuszczyku z wysmażonego na chrupko bekonu - podawane tu na śniadanie. Jak się odpędzi wizję siedzenia rosnącego w zastraszającym tempie, to nawet jest to pychota. Meksykańskie enchiladas, empanadas, tudzież fajitas solidnie doprawione jalapenos - nijak mi nie zaszkodziły, wręcz przeciwnie.

Zachwyciły mnie włoskie specjały z knajpki na rogu - za ladą prawdziwi, żywi Włosi, pokrzykują śpiewnie, oczy im sie błyszczą do gości i pamiętają Cię po jednej wizycie. Ich tortelini con fromaggio w gęstym pomidorowym sosie i małe drożdżowe bułeczki czosnkowe, dodawane do każdego posiłku, śnią mi się tu po nocach. I prawdziwa pizza, chojnie oprószona parmezanem i suszonym jalapenos.

Nawet kanapkom z Subwaya dałam radę, choć nie hołduję tego typu substytutom posiłku. Przyzwycziłam się też już trochę do wszechogarniającej słodyczy i wyższej zawartości cukru nawet w cukrze. Choć to akurat jest ciężkie do przejścia.

Rozłożył mnie dopiero na łopatki ribay & blue cheese sandwich. Skusiłam się na niego - no dobra, dla sera śmierdziucha głównie, choć dobrym stekiem też przecież nie gardzę. Stek okazał się jeszcze żywy, nawet trochę porykiwał w kanapce. I teraz cierpię...

Heh, co kraj to obyczaj.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

I oto jestem u wuja Sama.

Pierwsze wrażenie się nie liczy, bo zniekształciło je skutecznie zmęczenie, stres po wietrznym lądowaniu w Chicago i szok termiczny teksańskim upałem. Wyszliśmy z lotniska w powietrze gęste, jak roztopione masło, cięzko trwające w bezruchu. Pod hotelem włóczęga jak żywcem wyjęty z amerykańskiego filmu zbierał po nas niedopałki papierosów.

Drugie wrażenie jest dużo lepsze. Mnóstwo słońca, ciepłe, rdzawe, południowo przyciężkie światło. Miękko rozmyte kontury budynków, świat odbity w lustrzanych taflach wieżowców. Kompletne pomieszanie stylów - szkło, metal i stara, wypalana na czerwono cegła. Zaraz za centrum otwarte, jasne przestrzenie. I samochody, które nawet niemiłośnika motoryzacji przyprawiłyby o palpitację. Chcę pickapa!!!

Z dodatkowych atrakcji - jadąc na zakupy pobłądziliśmy i trafiliśmy na przedmieścia. Wszechobecny hiszpański, Jesus na każdym szyldzie i białe domki z werandami, jak w serialach o Południu sprzed wojny secesyjnej. Fajnie jest zabłądzić, widzi sie wtedy dużo prawdziwsze miejsca.

Tyle w telegraficznym skrócie.

Łóżko, łóżko, łóżko. Nadal nie wiem, którą do licha mamy godzinę???

czwartek, 12 czerwca 2008

O jakieś wsparcie proszę tematyczne! Sytuacja przedstawia się tak:

Długi łikend z 4 lipca, 3,5 dnia do dyspozycji z M., który do mnie wtedy akurat przyleci (hurra!) Kombinujemy, jak to zagospodarować.

Wymyśliliśmy: Grand Kanyon, Bahamy, Las Vegas, Nowy York, albo po prostu wynajem samochodu i pobrykanie po teksańskich pustkowiach (co mój szef stanowczo, z obłędem w oku odradza, dziwny jakiś).

No i co wybrać? Czasu coraz mniej, a my nadal się nie zdecydowaliśmy, bo wszystko kusi. Jak zajrzy tu jakiś uświadomiony tubylec, to ja bardzo proszę o fachową podpowiedź, ewentualnie jakiegoś nowego pomysła.

Pozdrawiam serdecznie...

wtorek, 10 czerwca 2008

Wolny poranek. Coś tam powinnam robić, ale M. wyjechał, pocieszam się więc książką, którą czytałam już milion razy, a która nieodmiennie działa na mnie jak ciepły kompres. Choć i trochę roztkliwia i wyciąga ze mnie na wierzch cały ten niezbyt mądry sentymentalizm, który zwykle wstydliwie, głęboko chowam.

Już przy pierwszym zdaniu odzywa mi się w uchu serce ścipajuszczo John Barry, wszystkie te smyczki, fortepiany i instrumenty dęte i chyba nawet harfa, i choćbym się nie wiem, jak broniła, robi mi się tak...

Dobra, mocna kawa i już mnie tu nie ma:

" Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong"...

Ech, i do kina by się jeszcze raz poszlo. najchętniej takiego prawdziwie starego, pachnącego kurzem i starymi skórzanymi fotelami, które skrzypiałyby w trakcie seansu.

niedziela, 08 czerwca 2008

Od jakiegoś czasu mam wrażenie bezsensu tego, co się wokół mnie dzieje. Pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu chodziłabym na rzęsach ze szczęścia, a moja ambicja - spasiona i tłusta - mruczałaby z zadowolenia i sytości. Ale najwyraźniej z wiekiem coś mi sie poprzestawiało, albo i rzeczoną ambicję diabli wzięli - bo jakoś nic takiego nie czuję.

Zamiast tego mam przemożne poczucie, że jestem nie w tym miejscu i nie o tym czasie, co trzeba. Wszystko dzieje się niejako poza mną, za szybko i zbyt nerwowo. Ziszcza mi się nagle kariera i możliwości, o jakich kiedyś marzyłam, a których teraz - nie chcę! Mam wrażenie, że bezpowrotnie marnuję czas, który powinnam przeznaczyć na inne sprawy, bliższe, istotniejsze, bardziej prawdziwe.

Powinnam patrzeć, jak rośnie mój pierwszy dom. Łazić po polu w gumiakach i doglądać budowniczych. Wypić wódkę z majstrem, kto to wie. Przeglądać tony wydawnictw i być ekspertem z zakresu ocieplania i izolacji akustycznej. Przysiąść w trawie i sycić oczy widokiem okolicy, która już niedługo będzie moja, najmojsza. Wąchać stare drewno, z którego M. będzie miał swoje wymarzone stojaki na wino, wybierać kamień na taras.

A wieczorami powinnam się oblekać w zwiewne giezła i godzinami wodzić M. na pokuszenie, żeby się w końcu ziściły jeszcze inne nasze plany...

Wiele powinnam. To taki czas, który powinien być dla mnie, dla nas, do zatrzymania pod powiekami i zapamiętania na zawsze. A zamiast tego - pomimo późnej pory uruchamiam laptopa, by przygotować się do jutrzejszego szkolenia. I pakuję walizkę na kilka najbliższych tygodni. Mam straszne poczucie marnotrawstwa i winy. I tęsknoty za normalnością.