RSS
czwartek, 29 listopada 2007

Na dzisiejszy dół psychofizyczny to już chyba tylko Sojka:

Gdy wszystko idzie źle
I nie masz dokąd pójść
Przyjaciół tłum rozproszył się

Wydaje ci się, że
Tak pozostanie już
Lecz okazuje się, że nie -bo oto:

Budzi się z nocy nowy dzień
Nieskalanie czyste niebo
Co było wczoraj odeszło w cień
Niepamięci. Niech się święci

Cud niepamięci
Cud niepamięci
Cud...

Clocharde i wielki tuz
Odważny i ten, co się boi
Wszyscy równi wobec czasu i płomienia

Na moim podwórku blues
Na zegarze wieczór
Nie, nie, nie czekaj tylko żyj, bo

To tylko chwila, może dwie
Na nic lamenty, utyskiwanie
Co było wczoraj odeszło w cień
Niepamięci. Niech się święci

Cud...

Po pięciokrotnym przesłuchaniu i litrze gorącej herbaty jakby mi trochę lepiej.

środa, 28 listopada 2007

Akurat.

Dopiero trzy dni, a ja już chodzę po ścianach, zgrzytam zębami i mam nieodpartą ochotę ciskać mięsem i kapciami. Nasz gośc jest nieproblematyczny, samodzielny i prawie go nie ma, ale jak już jest - przy każdej okazji wygłasza autorytarne, opiniotwórcze uwagi. Krytykuje. Komentuje z nutką wyższości.

Dziś rano na przykład zostało mi zadane pytanie: "A Ty w ogóle skończyłaś jakieś studia?..." Tak. Podyplomowe nawet. Dwa razy. I jak mi finanse miłe, mam ochotę gryżć i drapać.

Normalnie nawet ją lubię. W końcu to rodzina. Ale - błagam - na odległość. I niechże mnie nie ocenia, bo zupełnie mnie nie zna. Albo niech choć wysłucha każde zdanie do końca, zanim zacznie pouczać.

Jakim cudem ludzie mają tak niezachwiane poczucie własnej wartości? Żadnych zupełnie wątpliwości na swój temat? Ani chwili zawahania?... Ja też tak chcę!!!

Ale jest jeden plus tej sytuacji. Poczułam się nagle 100% Krakusem. Zawsze krytykująca, teraz w obliczu wrażej krytyki wobec mojego miasta jestem gotowa zostać centkiem, zacząć zaciągać śpiewnie końcówki i ruszyć z ciężkim sprzętem na Warszawę. Na pohybel przemądrzalcom!

A Tobie, kochany Braciszku, powinna się świetlista aureola nad głową kołysać...

Żaden ze mnie arcymag fotografii, żaden Ansel Adams, nic z tych rzeczy. W myśl klasyfikacji wyniesionej z ostatniego szkolenia z zarządzania ludźmi, stanowczo reprezentuję typ "chce, ale nie potrafi". Ale jak się dzieją takie cuda wkoło, to jednak mi się ręka do aparatu wyrywa zupełnie bezkrytycznie. 

A dziś od rana sypało pięknym śniegiem, więc nie zdzierżyłam. Tak wyglądało na Plantach:

Planty

I wszędzie wokół:

I na Floriańskiej też:

I w moim ukochany zaułku za Kociołem Mariackim:

Cudnie cudniście. Sypało wielkimi, puchatymi płatami. Pstrykałabym dalej, gdyby nie obawa o własną głowę, bo rujnowałam przy tym ukochany sprzęt M.

Uwielbiam śnieg. Dostaję małpiego rozumu, jak pojawia się na początku zimy. Diablo zazdrościłam dziś naszej native speakerce na angielskim:

"Jej jej, ja pierwszy raz widzę, jak pada śnieg! U nas nie pada, albo nie ma, albo już leży (??!! Takie cuda w tej Hameryce) I zawsze myślałam, że on więcej hałasu robi, jak pada, że jakoś klapie i stuka, a tu tak sobie cicho pada... Jej jej, ale fajnie!"

Zazdrościłam jej tej świeżości wrażeń i tego pierwszego razu. Tego nienapatrzenia, jej jej!

 

wtorek, 27 listopada 2007

Udało mi się wczoraj obejrzeć w końcu "Wielką ciszę" Philipa Groninga.

Gdy siadałam do tej notki, myśli przelewały mi się w głowie, nadmiar nie do opanowania. A teraz zawiesiłam ręce nad klawiaturą i - nie wiem, od czego zacząć. Może od tego, że film zrobił na mnie piorunujące wrażenie.

To opowieść o ciszy, prostocie, pięknie nieskomplikowania. Godnym życiu w najczystszej formie. Radości z każdej przeżywanej chwili. O czasie, z którym się nie walczy, nie ściga, ale z którym płynie się swobodnie. O miejscu, w którym ten czas - nie ujarzmiany, ale oswojony - przemija inaczej.

"Wielka cisza" powstała w klasztorze kartuzów w Alpach Szwajcarskich, jednym z najbardziej surowych w regule. Nie będę tu opisywać szczegółów produkcji, wszystkie detale można znaleźć w gutkowych archiwach. Film kończy się informacją, że autor czekał 16 lat na decyzję o możliwości rozpoczęcia zdjęć. Ten czas był potrzebny władzom klasztoru do namysłu i udzielenia odpowiedzi. W dobie komputerów, szybkiej komunikacji i piorunujących zmian na giełdzie w ciągu jednej doby - aż trudno sobie wyobrazić.

Oglądałam ten film z mieszanymi uczuciami. Słodko-gorzkie wrażenia. Po kolejnym wariackim dniu, spędzonym na bieganiu z językiem na brodzie, borykaniu się z amerykańskimi idiomami i walce z opornym klientem, to było jak kubeł zimnej wody.  Po co tak gnać na złamanie karku, ścigać się z każdą minutą, skoro można zupełnie inaczej? Czego tak naprawdę  potrzeba mi jeszcze?

A z drugiej strony jestem doskonale świadoma, że gdyby nawet było mi teraz dane takie życie, za nic bym się w nim nie odnalazła. Z lenistwa, z zastałego przyzwyczajenia, ze strachu przed niewygodą. Pffff... Jestem jak chomik biegający w swoim obrotowym kołowrotku.

sobota, 24 listopada 2007

Na nieśpieszną sobotę - szary półmrok za oknem, zapach kawy w całym mieszkaniu, kojącą, cichą obecność M. przy komputerze, na sprzątanie w zapuszczonej szafie i przesadzanie zabiedzonych kwiatów - wyciągam z pudła płytę Piano Leszka Możdżera .

Ta płyta ma dość szczególną historię. Możdżer nagrywał ją w starym holenderskim kościele, pełniącym w części funkcję domu opieki dla psychicznie chorych. W pustej przykościelnej kaplicy, na brzękliwie nastrojonym Stainway'u, ustawionym w miejsce ołtarza powstała muzyka, która u mnie wywołuje ciarki na krzyżu.

"Siadam do klawiatury i uderzam pierwszy akord - piękne, nasycone brzmienie utopione w pogłosie, który od setek lat nasiąkał ludzkimi modlitwami od razu poprawia mi nastrój. Przebiegam palcami - każdy klawisz idealnie wyważony, klawiatura wyrównana, niezbyt głęboka, chociaż dosyć ciężka. Takie lubię."

Tak sobie słucham i myślę, że za wiele to ja dziś nie posprzątam...

czwartek, 22 listopada 2007

Najochydniejsza prowokacja, na jaką zdarzyło mi się trafić:

Bonsai kitten

Jaki chory umysł mógł to wymyślić?!

środa, 21 listopada 2007

Dziś już słońce i z dachu zaczynają ciec strumyczki wody, a jeszcze przedwczoraj wieczorem było tak psiejsko - czarodziejsko:

działki za naszym blokiem

podwórko, w końcu urokliwe

Trochę szkoda.

Ilekroć myślę o M., przychodzi mi na myśl stara piosenka pani Krystyny Prońko:

(...)
Liście z drzew spadają masłem na dół,
Ty w tej samej kurtce szósty rok.
Na koncertach krzyczysz: Więcej czadu!!!
I czytając w wannie tracisz wzrok.
Cały Ty.

Apoteoza dziecinnego entuzjazmu dla życia.

Ważny Pan Dyrektor, który przestał być Ważnym Panem Dyrektorem - trochę dla mnie, trochę po to, by móc wyjechać na wymarzone kilka tygodni włóczęgi po świecie. Częściowo dlatego, że to była chyba zupełnie nie jego bajka. Patrzę teraz, jak w samych gatkach, gubiąc kapcie pląsa po domu do kolejnej abstrakcyjnej muzyki, którą wyszukał. I którą pewnie za chwilę zarazi wszystkich znajomych.

I myślę sobie, że jednak mam cholernie dużo szczęścia w życiu. 

wtorek, 20 listopada 2007

Czego to się człowiek ciekawego nie dowie w najmniej oczekiwanych momentach.

Był wczoraj u nas na rozmowie rekrutacyjnej chłopak, który w rubryce CV Hobby miał wpisane: birofilistyka. Zabrzmiało to zupełnie orientalnie po tych wszystkich muzykach i literaturach. Muszę się przyznać ze wstydem, że na tyle orientalnie nawet, że nie miałam bladego pojęcia, cóż to jest, zanim nie wstukałam hasła do Googli. I znalazłam.

Birofilistyka (lub birofilia) - hobby, w którym przedmiotem zainteresowania jest piwo. Polega na zbieraniu różnych akcesoriów związanych z piwem lub browarami, takich jak: etykiety piwne, podstawki pod piwo, kapsle, butelki, puszki, szklanki, kufle piwne i inne akcesoria reklamowe (piny, długopisy, breloki, ręczniki barmańskie itp.)

O ile podkładki mieszczą się absolutnie w granicach mojej normy, to już kolekcjonowanie ręczników barmańskich wydaje mi się lekko karkołomne. Ale jak mawiał taksówkarz w Hydrozagadce - nie o to, nie o to. Rozmowa okazała się bardzo ciekawa, a chłopak chętny do dzielenia się sekretami swojego bzika i nowinkami z dziedziny. I tak dowiedziałam się jeszcze, co należy pijać w Krakowie i gdzie tego szukać.

Otóż, od kilku lat warzy się w Krakowie piwo o wdzięcznej nazwie Smocza Głowa. Jest to odmiana angielskiego Ale w kilku odsłonach - Dark Ale, Golden Ale, Amber Ale. Gdyby nawet jego jakość i smak nie były tak zachwalane przez zapaleńców i angielskich turystów, już sama historia tego piwa jest interesująca.

Recepturę przywiózł do Polski pewien miłośnik piwa po dłuższym pobycie w Stanach Zjednoczonych, gdzie - jak plotka głosi - angażując się w życie miejscowych piwowarów i hobbystów, nad kuflem złotego trunku buchnął przepis jego posiadaczowi. Tak czy inaczej, receptura trafiła na krakowski rynek i prawie od razu stała się przedmiotem sporu pomiędzy dwoma miejscowymi browarami. Nie będę tu wpisywać nazw, kto jest zainteresowany, ten z łątwością znajdzie relację piwnej zawieruchy w internecie. Dziś pan pracuje w ambasadzie polsko-amerykańskiej, a jego Smocza Głowa (a raczej jej pochodna, bo nowy wytwórca przejął markę zdaje się nie bardzo po myśli pomysłodawcy) nadal krąży w bardzo wąskiej grupie krakowskich lokali i robi furorę wśród smakoszy.

Można ją podobno dostać w Pierwszym Lokalu Po Lewej, Idąc od Małego Rynku (dla zamiejscowych - nie, nie robię sobie jaj, ta knajpa naprawdę tak się nazywa). I podobno naprawdę warto spróbować.

Ja zamierzam na pewno. Nie jestem zapaleńcem tematu, ale bądźmy szczerzy - jak to brzmi: Amber Ale!

niedziela, 18 listopada 2007
Zabolało. Zupełnie tak, jak kiedyś. Wcale nie mniej.
Co ja tu robię?
 
1 , 2 , 3 , 4