RSS
piątek, 22 lutego 2008

Uwiodło mnie to jakiś czas temu i wciąż snuje mi się po głowie:

Nutka absurdu w tym kawałku w przekorny sposób prostuje to, co ostatnio uparcie mi się krzywi - moje nastawienie do życia. Stawia mnie do pionu i jakoś podtrzymuje na duchu.

Puzony są absolutnie boskie.

czwartek, 21 lutego 2008

Kiepsko mi dziś.

Źli ludzie knują, by zlikwidować wakacje. A Fidel Castro oddał władzę. Żadnych stałości.

Świat się sypie...

środa, 20 lutego 2008

Ha! Znalazłam w końcu "Piaseczniki"!

Gdyby ktoś jeszcze chciał się cofnąć do tych upojnych czasów, gdy na łamach szarego, toaletowego papieru "Fantastyki" czytywało się nikomu nieznanego wówczas R.R.Martina, podpowiadam wybór opowiadań "Retrospektywa". Docelowo trzy tomy, rzeczone cudo w drugim .

U lala, już się cieszę na wieczór...

wtorek, 19 lutego 2008

Po dwóch latach starań o przekazanie nam reszty kompetencji księgowych naszego klienta - wuala! Wydaje się, że sprawa dojdzie do skutku.

Przewidywany wyjazd - na 2 miesiące. Dallas. Środek upalnego, teksańskiego lata. Kurz w zębach, prawie Dziki Zachód, Meksyk o rzut beretem.

Obsada - z przymiarek wygląda na to, że najlepsi z najlepszych, bo i tematy do przejęcia najtrudniejsze, hołubione przez klienta zazdrośnie aż do tej pory. Wyzwanie. Ambicja już nie łechtana nawet, ale walona z hukiem po głowie.

Dostałam dziś propozycję zostania szefem zespołu wyjeżdżającego i poprowadzenia projektu po powrocie. Co robię?

No jakżeż. Zamartwiam się na śmierć. Przecież.

poniedziałek, 18 lutego 2008

Kolejne wczorajsze wydania Faktów, Panoramy, a dziś równie zdradziecko Trójka pogrążają mnie na powrót w informacyjnym haosie. Czuję, jak powolutku zapadam się znów w bagienko przygnębiających faktów - po kostki, po kolana... Błocko ściąga w dół. Zamachy, ofiary, kolejne zarzewia niepokoju. Nasi rodzimi milusińscy na ekranie, dyskusja trwa, jakbym nigdy nie przestała jej oglądać.

Na Bałkanach wykluło nam się nowe państwo - ale z czego tu się cieszyć, skoro cała Europa nie bardzo wie, co z tym fantem zrobić. Albo raczej nie potrafi się poprawnie politycznie wyartykułować na tę okoliczność. Albowiem poprawność polityczna ponad wszystko. Panowie przywódcy popatrują więc na siebie z ukosa, przestępując z nogi na nogę, spinają się czujnie, bo pierwszym być nie można, ale jednak trzeba się odpowiednio uplasować. Indolencję jakoś bym przeżyła - hipokryzja i wyrachowanie mnie mierżą. Ohyda.

I na dodatek do pięknej całości, żeby mi uprzykrzyć ostatni wolny poranek do końca, zdążyły się już pojawić 3 sms-y z pracy. Dżizas, po trzykroć.

Sytuacja aż się prosi, by wyciągnąć The Cure z lamusa, zanim wyjdę.

 

niedziela, 17 lutego 2008

Ech, po najlepszym nawet urlopie dobrze jest wrócić do domu.

Jestem wyspana, objedzona zachwycającym tyrolskim jedzeniem (taka np. dziczyzna z grzybami, czerwoną kapustą i i duszonymi jabłkami, mmm!), nasłoneczniona i napowietrzona do granic możliwości. Chodzić nie mogę - kolana mi skrzypią od 5 pełnych dni nadwerężania na desce. Czterech facetów, w tym jeden napalony na szusowanie sześciolatek - nie było przebacz, jeździliśmy po 7h dziennie.

Ale dobrze mi tak. Kocham góry - małe, duże, łaskawie rozsłonecznione, czy przydymione mgłami. Koronkowo oszronione szadzią mrozu. Zawsze mam wtedy wrażenie, że dotykam innego świata. Wyjeżdżając wczoraj i oglądając się pożegnalnie przez tylną szybę samochodu na porannie rozświetlone szczyty, zastanawiałam się, czy można kiedykolwiek znieczulić się na to piękno. Na tę ich ciągłą, niewyczerpaną zmienność. Czy mając je na codzień, traci się kiedykolwiek to pierwsze zachwycenie?

piątek, 08 lutego 2008

Piątek. Teoretycznie powinnam się dziś błogo przeciągać w pościeli do południa, po czym wyciągnąć z szafy torbę i w nienerwowej, sprzyjającej odparowaniu stresu atmosferze, zacząć ją pakować na wyjazd. Jakieś nieśpieszne pranie tego, co umknęło, a będzie potrzebne. Ostatnie zakupy.

Ale gdzie tam. Ledwo mi czasu na poranną kawę  starczyło - muszę być dziś w pracy. Nie mam bladego pojęcia, jak długo. Prawdopodobnie wrócę znów późnym wieczorem i cała reszta to będzie jeden wielki popłoch.

Mam tego po dziurki w nosie.

środa, 06 lutego 2008

Już mi się urlop śni po nocach. Śniegu, mgły, zadymki i mlecznej bieli mi trzeba. Przestrzeni, wiatru i wytchnienia dla oczu. Stopy świeżego puchu pod deską.

Na razie z doskoku oglądam stare zdjęcia, ślinię się i odliczam dni do piątku...

gdzieś na lodowcu

gdzieś na lodowcu

gdzieś na lodowcu

gdzieś na lodowcu

Lecę do pracy. Jeszcze tylko dziś i jutro. Dam radę, choćbym się miała w precla zwinąć.

wtorek, 05 lutego 2008

Jak to się porobiło, że moja skądinąd spokojna i bezstresowa dotychczas praca zamieniła się nagle w zły sen? znów tkwię po uszy w koszmarze, żołądek zaciśnięty w supeł, kolejny deadline nieuchronnie mija w środę. Znaczy jutro.

Na dodatek oczy odmawiają mi posłuszeństwa. Nie dziwię się im, bo ileż można?

Ale jest w tym wszystkim światełko w tunelu, bo już w piątek - mój wyżebrany dawno temu urlop. Muszę tylko do tego czasu dożyć. I nie przekręcić się z wyrzutów sumienia, że to ja na niego idę, a nie reszta teamu. Czy ja powinnam poszukać jakiegoś lekarza od głowy?...

A na razie puszczam sobie coś, co podtrzymuje mnie na duchu w najgorsze dni, niezależnie od sytuacji. Najbardziej optymistyczny kawałek świata, za który stare, dobre VooVoo powinni ozłocić:

Kasia Nosowska - Nim Stanie Się Tak

Stanie się tak

sobota, 02 lutego 2008

Z wczorajszego wieczoru z przyjaciółmi, oprócz oczywistych korzyści estetycznych i frajdy ze wspólnie spędzonego czasu, wynieśliśmy jeszcze i takie odkrycie:

M. dostał w prezencie 2 płyty. Radosne, lekkie, cudnie nastrajające. Słucham i podryguję. Jak fajnie, że rodzajów muzyki jest tyle, ile ludzi na świecie. Gdyby było tylko umpa umpa, pozostawałoby się załamać z rozpaczy i desperacji.

Poczytać o Orkiestrze Św.Mikołaja można tutaj.

 
1 , 2