RSS
niedziela, 20 stycznia 2013

No i mamy 2013. Wracam tu z lekko podkulonym ogonem, trochę zawstydzona, a trochę stęskniona, z książkami z ostatniego Mikołaja pod pachą. Chyba zostanę na trochę.

Z książek - trochę religioznawstwa, trochę archeologii, ale i tak kurde wyskoczyła Grochola - - najsilniej wyrywa się do mnie  Heinrich Schliemann, czyli człowiek, któryz relizował swoje marzenie. Zdaje się, że był pierwowzorem Indiany Jonesa. Jeśli nawet nie - to facet, który miał wizję i bardzo konkretny plan, jak ją ziścić - popdporządkował temu całe swoje życie, podzielił je na kolejne etapy, perfekcyjnie doprowadzając do wielkiego finału.

Jego historia rozpaliła mi wyobraźnie, jakym była 15- letnim dzieciakiem. I nie chodzi o przygody ze skarbem w tle, ale o tę perfekcję w zarządzaniu swoim zyciem właśnie.

Jestem chodzącym słomianym zapałem, który do silnej motywacji potrzebuje EFEKTU, najchętniej natychmiastowego. Inaczej klapię, jak przekłuty balonik, morale mi siada i nie chce mi się nawet ruszyć palcem. A tu nie o to, nie o to.... I nigdy nie od razu. Zaczynam na poważnie uświadamiać sobie, że każda duża zmiana jest wypadkową wielu małych, czasem zaplanowanych, a czasem zupełnie przypadkowych. Więc aby drgnęło cokolwiek, potrzebne jest - jakiekolwiek - działanie. Samo czekanie i jojczenie raczej nie pomoże.

Czuję, że tkwię. W bezruchu i ciszy, ale nie jest to cisza spokoju i relaksu, tylko zatęchły półmrok z wirującymi w powietrzu cząsteczkami kurzu. Muszę coś zrobić, bo oszaleję. Albo dobrnę do 40-stki jako zmumufikowane truchełko bez odrobiny życia.

Nowy rok, więc - do dzieła. 

Na dobry początek wyprowadzam się.