RSS
poniedziałek, 28 stycznia 2008
No i wuala.

Stoję w końcu na progu tego tygodnia, którego wizja straszy mnie od długiego czasu. Nałykałam się jakichś sprytnych tabletek z wyciągiem z żeń-szenia (po których śnią mi się świństwa po nocach), więc mam nadzieję, że starczy mi energii na te kilkanaście godzin pracy dziennie. Byle do piątku, a dokładniej do czwartkowego wieczoru...

Włączam sobie Jorane dla utulenia stresu i jazda. 

niedziela, 27 stycznia 2008

Byliśmy dziś na "Jestem legendą".

To prawda, że temat oklepany i zużyty. Przemieliła go większość horrorów, z Romero'wymi na czele. Może mi się mózg rozmiękczył od starości, ostatnich stresów i scysji - w każdym razie podobało mi się. Nawet bardzo mi się podobało!

Film ma rozmach, klimat, kroplę beznadzieji, odpowiednie napięcie, które trzyma od początku do końca i wciska w fotel. Ostatni raz bałam się tak chyba na "Klątwie", jakieś 3 lata temu. Wyszłam z kina z innym światem w głowie, a to dla mnie najlepszy miernik tego, jak odbieram dany film (bo jakoś nie zawsze potrafię swoją ocenę wyartykułować).


Podsumowując: nie jest to film do rozmyślań, kontemplacji i podnoszenia nadszarpniętego IQ. Ale jest to kawał świetnie zrobionego horroru.

Poza tym - no co ja pocznę, mam bezgraniczną słabość do Willa Smitha...

sobota, 26 stycznia 2008

Wyciągnęłam dziś papiery i próbuję pracować. Trochę z musu, trochę z ucieczki przed tym chłodem, jakim ostatnio wieje w moim domu. Właściwie przydałaby mi się niewielka dziura w czasoprzestrzeni, niezbyt obszerna i całkowicie sterowalna, tak bym mogła bez pudła określić miejsce docelowe.

Chciałabym wylądować za jakieś 2 tygodnie, gdzieś na Oceanie Indyjskim, na jednej z tych nienormalnie pięknych wysp w archipelagu Seszeli. Najchęniej na jakiejś niezamieszkanej, z białą plażą, po której mogłabym ganiać gołkiem i nie przejmować się niczym.

Mogłaby to być też środkowa Afryka. No dobrze, wolę Afrykę, jak zwykle. Od Afryki się właściwie całe to moje myślenie życzeniowe dzisiaj zaczęło. Tak sobie tu pracując zawzięcie, przez moje ulubione Polowanie na geparda trafiłam na stronę z oszałamiającymi zdjęciami Czarnego Lądu z powietrza - sami zobaczcie ...

I jeszcze tutaj - trzeba załadować prezentację, a potem zignorować pytanie o Key code i inne kwiatki.

Cholera. Jak sobie tak czasem pomyślę, że zamiast chłonąć te wszystkie cudne miejsca na świecie, marnuję czas i życie, spędzając całe dni w pracy i walcząc o jakieś wirtualne stołki i zaszczyty, to mnie - szczerze mówiąc - krew zalewa.

piątek, 25 stycznia 2008

Piątek w tym tygodniu przyszedł za szybko, zupełnie nie w porę. W obliczu aktualnej katastrofy w naszym zespole (roboty huk, rąk do pracy ledwie kilka i to chuderlawych, w najbliższy czwartek godzina zero) - właściwie nie powinien się wydarzyć.

Ale co tam, jak już jest, trzeba się cieszyć choć trochę. Nawet, jak się siedzi samemu. Zapaliłam więc świece, wyciągnęłam darszanowe kadzidełko, osnuwam mieszkanie wonnym dymem. Woda do wanny już się wlewa, pieniąc się jak należy, a ja sterczę przed ukochaną półką z winami M. i studiuję nalepki. Białe?

Białe. Niech będzie hiszpańskie. Do tego "Hyperion" Simmonsa (zobaczmy w końcu, co to za cudo) i zegarek, żebym nie ugrzęzła w tej kąpieli na wieki. A właściwie... Co mi tam.

Miłego wieczoru.

czwartek, 24 stycznia 2008

Od kilku dni prześladują mnie misie.

Wczoraj w przeciwnym skrzydle biura ktoś posadził na parapecie pluszowego miśka z wielką kartką z napisem HELP!, przyciśniętą do szyby. Ktokolwiek to zrobił, rozbawił pół firmy, łącznie z delegacją zimnych jak ryby Norwegów.

A dziś rano, na moim osiedlu, na trawniku pod ogrodzeniem banalnej hurtowni samochodowych części zamiennych - sfatygowany duży miś siedzi sobie beztrosko na plastikowym krzesełku.

Czuję się trochę, jak bohaterka horrorów, której wśród codziennych scen pokazują się nieoczekiwanie dziwne znaki. Ale moje znaki są sympatyczne i fajnie je widywać.

Niechby jeszcze mówiły, że moja ostatnia depresja, głębokości Rowu Mariańskiego, właśnie się kończy. Byłoby naprawdę miło, bo mam juz dość.

sobota, 19 stycznia 2008

I to by było na tyle, jeśli chodzi o naszą rocznicę ślubu.

Muszę się przewartościować chyba - szybko i drastycznie. Bo na razie czuję się jak Matuzalem w krainie szkła i stali, kompletnie nie moje miejsce. Ja tu nie pasuję.

Przyszywana idiotka.

Czasem, pomimo całej mojej warszawskiej przeszłości, czuję się boleśnie bardziej krakowska od wszystkich moich krakowskich znajomych i bliskich.

 

piątek, 18 stycznia 2008

ks. Jan Twardowski

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dzwięk troche niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widziec naprawde zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzec
kochamy wciąż za mało i stale za późno (...)

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiac o miłosci
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą

 

Dziś rocznica śmierci ks. Jana Twardowskiego.

Patrzył na świat takimi pięknymi oczami. Powinni uczyć tego w szkołach - tego ciepła i wrażliwości bez poetyckiego zadęcia i patosu. Takich zwykłych.

Nieważne. Teraz wieczorem, gdy mogę w końcu usiąść spokojnie i wyrzucić z myśli sprawy całego dnia, chcę mieć w sobie tylko miejsce na pamięć o moim Tacie. To niesprawiedliwe, że czas płynie tak szybko.

W końcu piątek.
 
Fajnie tym bardziej, że udało mi się dziś urwać z pracy - drobne zadośćuczynienie samej sobie przed kosmicznie zapowiadającą się końcówką miesiąca.
 
W Tatrach hula halny. Ktoś kiedyś zbadał, że ten ciepły, porywisty wiatr zauważalnie wpływa na pogorszenie samopoczucia biometeopatów, ze wzrostem ilości samobójstw i rozwodów włącznie. (Swoją drogą - jak oni mierzą takie rzeczy??? Albo raczej - jak jakiekolwiek badania w takiej materii można traktować wymiernie?). Na mnie to jakoś nie działa, ja rozkwitam psychicznie wraz z nadejściem weekendu, z założenia.
 
BTW - w Krakowie przez halny było dziś prawie 10 stopni. O jakimkolwiek wypadzie na deskę gdziekolwiek też tylko pomarzyć można. Do kitu z taką zimą.
 
A w uchu dziś brzęczy mi uporczywie Kate sprzed lat kilkunastu, nabijająca się z biednych astronautów:
 
 
wtorek, 15 stycznia 2008

Są utwory, które pachną i smakują. Pozwalają się dotykać.

Gaszę światło, zwijam się w kłębek i pozwalam dźwiękom płynąć przeze mnie.

Leszek Możdżer - Sanctus (XII w.) 

Wiem, wiem, to już było, ale nic nie poradzę - jestem uzależniona. Taki wieczór.

 

Znów przyjeżdża nasz Najważniejszy Manager z Dallas. Rany, co to się będzie działo.

Wszyscy Ważni Managerowie są uciążliwi, jak diabli. A to dlatego, że swego czasu zostali nauczeni, że przy każdej wizycie u nas są rozpieszczani, karmieni w najlepszych knajpach, prowadzani za rękę od pubu do pubu, a to wszystko w wymiarze 7 na 24. Doszło do tego, że zaczęli sobie nawet ustanawiać rekordy, o której kto zakończył "beer evening with our young polish colleagues".

Nie dziwota więc, że zaczynają zwiększać częstotliwość swoich wizyt.

Tyle tylko, że tym razem wszytsko wydaje się lekko wymykać spod kontroli. Krążą dziwne maile, atmosfera gęstnieje. Najwyższy Manager napisał na przykład do koleżanki z zapytaniem, czy poświęciłaby mu trochę wolnego czasu indywidualnie (z naciskiem na to ostatnie) i by wskazała "most appropriate time of a day, evening or night". Dopytywał się także kolegi, czy ten nie zorganizowałby dla niego "gentelmans' evening in one of those gentelmans' clubs, you know..."

Byłoby to nawet zabawne - facet w średnim wieku, hormony buzują, przykład sztampowy, że aż zęby bolą. Ale że dotyczy człowieka bezpośrednio, to raczej żenada, niesmak i jakaś pokraczna satyra z tego wychodzi.

Trzeba będzie teraz znaleźć jakąś skuteczną, długoterminową wymówkę, by starczyła na cały tydzień migania się od atrakcji. Albo - walnąć prosto z mostu, że ekscesy ze śliniącymi się 50-latkami mnie nie interesują. Podoba mi się to rozwiązanie. Takie cudnie nieskomplikowane...

 
1 , 2 , 3