RSS
niedziela, 20 stycznia 2013

No i mamy 2013. Wracam tu z lekko podkulonym ogonem, trochę zawstydzona, a trochę stęskniona, z książkami z ostatniego Mikołaja pod pachą. Chyba zostanę na trochę.

Z książek - trochę religioznawstwa, trochę archeologii, ale i tak kurde wyskoczyła Grochola - - najsilniej wyrywa się do mnie  Heinrich Schliemann, czyli człowiek, któryz relizował swoje marzenie. Zdaje się, że był pierwowzorem Indiany Jonesa. Jeśli nawet nie - to facet, który miał wizję i bardzo konkretny plan, jak ją ziścić - popdporządkował temu całe swoje życie, podzielił je na kolejne etapy, perfekcyjnie doprowadzając do wielkiego finału.

Jego historia rozpaliła mi wyobraźnie, jakym była 15- letnim dzieciakiem. I nie chodzi o przygody ze skarbem w tle, ale o tę perfekcję w zarządzaniu swoim zyciem właśnie.

Jestem chodzącym słomianym zapałem, który do silnej motywacji potrzebuje EFEKTU, najchętniej natychmiastowego. Inaczej klapię, jak przekłuty balonik, morale mi siada i nie chce mi się nawet ruszyć palcem. A tu nie o to, nie o to.... I nigdy nie od razu. Zaczynam na poważnie uświadamiać sobie, że każda duża zmiana jest wypadkową wielu małych, czasem zaplanowanych, a czasem zupełnie przypadkowych. Więc aby drgnęło cokolwiek, potrzebne jest - jakiekolwiek - działanie. Samo czekanie i jojczenie raczej nie pomoże.

Czuję, że tkwię. W bezruchu i ciszy, ale nie jest to cisza spokoju i relaksu, tylko zatęchły półmrok z wirującymi w powietrzu cząsteczkami kurzu. Muszę coś zrobić, bo oszaleję. Albo dobrnę do 40-stki jako zmumufikowane truchełko bez odrobiny życia.

Nowy rok, więc - do dzieła. 

Na dobry początek wyprowadzam się.

 

środa, 22 czerwca 2011

bursztyn

białe wino

dziki powój, kwitnący na fioletowo, którzy wszyscy sąsiedzi zawzięcie tępią

KAMIENIE

burzę nad Ojcowem z błyskawicami w poprzek zachodniego nieba - na jeszcze niedokończonym granacie

zapach mokrego psa

i zapach ziemi po deszczu

te małe ptaszki, które plumkają, zamiast ćwierkać

czerwień i nasycony burgund

żaby wszelkiej maści, włączając tę, która pomieszkuje pod naszą drewutnią

pierożki won-ton z ostrym sosem słodko-kwaśnym

brązowe oczy

drewno z sękami

upalne letnie popołudnie, gdy powietrze robi się tak gęste, że prawie można je jeść łyżką - i pewnie smakowałoby wtedy jak arbuz, w tej nasłodszej części, tuż przy pestkach

miętę

miętę z rumem

miętę z rumem, colą i lemonką

sosny

surowy, gęsto tkany len

mgławice oglądane przez ostatnio nabyty okular, najchętniej te w okolicy, w której znajdowałby się siusiak Oriona, gdyby Orion takowy posiadał

wyjazdy daleko od domu, na długo i bez planu

oliwki

zapach siana

lawendę uratowaną od męczeńskiej śmierci wśród perzu i perz pachnący lawendą

klapki-motylki

i porucznika komandora Stevena McGarreta

 

piątek, 10 września 2010

KOCHAM mieszkać na wsi.

Stają mi w uszach przestrogi rodziny i znajomych, i ubolewanie mojej Mamy („jak Wy sobie tam poradzicie w tym szczerym polu, dzieci???”). I śmieję się od ucha, bo w naszej głuszy i polu po horyzont jest cudownie. 

Może to przypadłość wszystkich mieszczuchów, wychowanych od zera w blokowisku, na spalinach i kolejce do spożywczaka, że po przeprowadzce na wieś zachwyt ich ogarnia. Może to tylko my zbyt normalni nie jesteśmy?

Wychodzę rano z kawą na taras, siadam na stopniu i gapię się na Kraków w oddali. Przy odpowiedniej pogodzie (niskie ciśnienie, tuż przed lub po deszczu, przy ciemnogranatowych chmurach) daleko za nim rozciągają się góry. Wszystkie, jakie mamy po koleji – od lewej do prawej. Za ogrodzeniem, w rżysku po zbożu buszują hordy nornic. Niby to szkodniki i pewnie w przyszłości zeżrą mi pół ogrodu, ale na razie - gdy wyobrażam sobie zaganiane mysie mamuśki, gorączkowo zbierające jedzenie dla swoich półślepych mysiąt - czułość mnie ogarnia. NASZE nornice :)

W kącie ogrodu Z. kopie doły, gdy nie patrzę (znów wróci do mnie z mordą umorusaną świeżą ziemią, trzeba ją będzie kąpać, a potem utulać, bo się diablę kąpać nie lubi). Kudłaty kot sąsiada łypie zza siatki. Wielka cisza, pachnąca jesiennie dymem z ogniska.

A M. nosi wielkie, włochate gumofilce. 

W takich chwilach radość musuje mi w żołądku.

niedziela, 14 marca 2010

Iekroć tu zaglądam, zapominam po co właściwie otworzyłam tę stronę. Zawieszam palce nad klawiaturą i próbuję sobie przypomnieć, co chciałam napisać. A potem dochodzę do wniosku, że to nieważne. Że to głupie, że w ogóle tu wracam. Exhibicjonizm nie leży w mojej naturze, po co więc? Macham ręką, zamykam laptopa, basta.

Tyle, że ciągnie mnie tu. Choćbym nie miała nic do powiedzenia. Zobaczyć swoje myśli spisane na twardo, wrócić do nich za kilka miesięcy - uczucie warte tego wstydu, który czuję za kazdym razem, gdy wyobrażam sobie że ktoś mnie czyta.

Czasem

- chciałabym stanąć obok i spojrzeć na siebie obcymi oczami. Złapać dystans. Nauczyć samą siebie, jak sobie odpuszczać.

 

Przestać szukać akceptacji poza sobą.

Jak to jest, że pewnego dnia przestajemy być nastolatkami, a ptem okazuje się, że te wszystkie popieprzone, rozdmuchane emocje buzują w nas nadal w najlepsze?...

poniedziałek, 05 października 2009

Nie ma mnie ostatnio jakoś. Emocje pożarły mnie na trochę, zmięły w kulkę i trzymają teraz pod obcasem. Czas się skondensował, rozintensywnił, a jednak płynie przez palce.

Gdybym miała się namalować, teraz, w tym międzyczasie:

Ale gdybym miała przywołać dobrą energię, jak wróżbę, na szczęście:

Na jutro.

 

 

 

piątek, 05 czerwca 2009

Sprzedałam dziś swoją warszawską dziuplę.

Niby dobrze, bo dutki potrzebne są nam teraz, jak nigdy wcześniej - do wykończenia naszej górki, zanim górka nas wykończy. Ale z drugiej strony - jednak trochę żal. Bo to moje pierwsze miejsce najmojsze, wymyślone i przeżyte od samego początku. Mój gołąb w kominie, gruchający najżywiej o 5:00 nad ranem. Moje pudło po telewizorze, pod lnianym obrusem pełniące sumiennie rolę stolika w przedpokoju. Moje kwiaty na balkonie. I sam balkon, na którym przy odrobinie sprytu można się było opalać na golasa.

Nie ma tego wszystkiego, ciach - przecinam kolejną nitkę, teraz już na amen zostaję Krakusem.

I myślę sobie, że chyba bardzo dosłownie i od serca nim zostaję, bo - biorąc pod uwagę masę emocji, jaka mi w powyższej transakcji towarzyszyła - zastanawiam się, czy nie powinnam zażądać wyższej ceny?!

Rany boskie, toż ja już jestem centkiem...

wtorek, 02 czerwca 2009

Wie ktoś, co to za cudo?

Co za elokwencja, co za brawura.

Świergolił mi prawie do ucha (Co za dzień! masz coś? Daj daj! Trochę wieje, ale kij tam! A tam tam wielbłąd się zfilcował!*) - a jak dostał okrucha, omal się nim nie udławił, bo pochłaniając go nie przestawał świergolić.

Chcę takiego!

 

* O wielbłądzie będzie inną razą.

niedziela, 31 maja 2009

Po dzisiejszej sjeście - Melody Gardot:

Lepiej.

niedziela, 24 maja 2009

Ręce mi się trzęsą, nogi drżą, zasycha w gardle z podekscytowania. Chyba - o zgrozo - lekko podskakuję. Przyglądam się roziskrzonym wzrokiem, prawie się śliniąc. Chcę dotknąć, pomacać, powąchać!

To wszystko wcale nie na widok rozłożystego męskiego torsu, tylko w OBI, w dziale ogrodniczym, 200m od mojej pracy.

W studiach mebli kuchennych za to dostaję napadów lekkiej paniki. Mam zawroty głowy i chyba nawet trochę mnie mdli. Przerażają mnie laminaty i MDF-y, przytłaczają miliony odcieni drewna i nie-drewna. Uch, śnią mi się po nocy. Gdybym mogła już nigdy się tam nie pojawić.

A na widok rozłożystego męskiego torsu czuję... pustkę. Żal.

Takie czasy.

wtorek, 31 marca 2009

Taka chwila w wyobraźni:

Trzeci kieliszek przedniego wina. Wino jest czerwone, dojrzałe, ale niezbyt mocno garbnikowe, jedwabiste w zakończeniu – miękko smuży na języku, zostawiając po sobie okrągły posmak wanilli i masła. Tuż po dobrym obiedzie, w powietrzu wciąż pachnie krewetkami w czosnku, bazylią i oliwą, albo czymś innym, co powoduje, że ślinka napływa do ust. Zza stołu uśmiechają się rozleniwieni przyjaciele, świece migoczą ciepłym światłem, jest wygodnie i niespiesznie. Czas prześlizguje się przez palce, atmosfera, jak płynny miód. Jest tak, że uśmiech sam wypełza gdzieś zza ucha, szczerząc się, jak głupi.

Taki był wczorajszy koncert Patricii Barber, w klubie jazzowym Hipnoza w Katowicach, w wieczór posiwiały od drobnego deszczu - taki obraz we mnie wzbudził.

 

 

Uch, lubię tak bardzo – kameralność niewielkich sal, gdy muzyka snuje się wraz z dymem pod sufitem. Gdy muzycy przerzucają się dowcipami, bezpretensjonalnie i bez zadęcia, gdy grają nostalgicznie i z nerwem na przemian. Lubię zapętlić się w takim klimacie, wstrzymać oddech, podeprzeć brodę pięściami i zapomnieć o całej reszcie. Wyłączam się wtedy na to, co wokół, zamykam we własnym świecie. Owijam w nastrój, jak w ciepły koc.

Dlatego, jeśli ktoś mi to bezczelnie psuje, naprawdę dostąję jasnej cholery

Miałabym wtedy szczerą, płomienną ochotę rozszarpać niektóre indywidua. Niezainteresowane tematem panny-szczebiotki i panny-chichotki, zblazowanych młodzieńców, opuszczających salę w połowie ze stosownym, a głośnym komentarzem. Jowialnych panowów w średnim wieku, którzy po kilku piwach hałaśliwie co chwilę biegają na siusiu, przeciskając się między krzesłami i depcząc po palcach. Stęsknionych znajomych, nawołujących się gromko w międzyczasie, zauważywszy w otaczającym tłumie znajomą twarz.

No bo czy to normalne, żeby przychodzić na koncert, a nie by posłuchać muzyki? Jakaż to nowa moda? Żeby tak gadać, międlić, tupać i trzaskać drzwiami, gdy ja akurat lewituję?! Cóż to za bezmyślna, zupełnie odarta z kultury bezczelność?...

Wszystkich wyżej wymienionych upraszam gorąco o nieuczęszczanie na moje koncerty.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25